1

The Final Cut – film po mojej śmierci i zawód Cuttera

the final cut 01

Ten film miał swoją premierę w lutym 2005 roku. Dokładnie w tym samym czasie wystartował serwis YouTube i jeszcze nikomu się wtedy nie śniło jak komunikacja obrazkowa, wideo, selfie, sportowe kamery i drony spowodują, że każdy z nas może być twórcą wideo na tak niespotykaną dotąd skalę.

Mam wrażenie, że The Final Cut przez polskie kina przemknął się niepostrzeżenie. Nazwisko reżysera – Omar Naim – też pewnie Wam nic nie mówi (i dobrze, niewielki dorobek). Nie jest to też film wybitny, nawet przez wielu oceniany jako nudny, ale ja stawiam go na półce z interesującymi filmami i szufladzie, którą nazwałem „ciągutki” – obrazy, w których akcja niespiesznie idzie do przodu, można na nim zasnąć, ale jest coś w nich, historia, klimat, muzyka czy też obraz, które razem stanowią spójną całość. To też ten gatunek filmów science-fiction, w których nie ma żadnych efektów specjalnych, przelatujących statków i przybyszów z kosmosu. Ale jest w nich to coś…

the final cut 02

Jedynym magnesem był dla mnie Robin Williams i kategoria „science-fiction”. Sam scenariusz? Hmm, interesujący – kiedy pierwszy raz obejrzałem ten film (chyba w okolicach 2006 roku) miałem wrażenie, że mógłby napisać go Philip K. Dick – bo to ten rodzaj rozważania na temat przyszłości i ludzkich wyborów. Ale znowu Was rozczaruję – Philip K. Dick nie napisał takiego opowiadania. Jest jeszcze muzyka, napisana przez Briana Tylera – i ten soundtrack jest na liście najczęściej odtwarzanych przeze mnie płyt, ponieważ idealnie pasuje jako tło muzyczne to wielu książek które przeczytałem – szczególnie pasuje do thrillerów, kryminałów i wszelkich mrocznych klimatów – spróbujcie – bardzo polecam.

A sam film „The Final Cut” (Ostateczne cięcie) obejrzałem 2 tygodnie temu – nie spodziewałem się, że temu wpisowi będzie towarzyszyła informacja o śmierci aktora. A powód tego wpisu wydaje mi się bardzo na miejscu. Historia przedstawiona w „The Final Cut” to opowieść o zawodzie przyszłości – cutterze (w polskim tłumaczeniu „tnącym”). Jedynymi gadżetami z przyszłości jaki pojawia się w filmie są implanty, które wszczepiane do mózgu rejestrują obraz widziany oczami delikwenta. Takie Google glass kolejnej generacji – w naszej rzeczywistości po okularach będą zapewne inteligentne, nagrywające soczewki kontaktowe a następnym krokiem będą właśnie implanty.

Alan (Robin Williams) jest cutterem – człowiekiem, który po śmierci osoby wyposażonej w taki implant przygotowuje film z życia delikwenta – wybiera najważniejsze momenty i montuje z nich laurkę dla rodziny, kasując te mniej chlubne chwile. Cutter jest więc kreatorem i reżyserem tego, co zostanie zapamiętane po śmierci nie zawsze kryształowych osób – jest nie tylko mężem zaufania ale też powiernikiem wielu tajemnic.

Mamy więc implanty, ludzkie grzechy, podglądanie tajemnic i grzebanie w ludzkiej pamięci – da się z tych składników sklecić jakąś historię.

Zostawmy więc film, i przyjrzyjmy się zawodowi cuttera i naszej wirtualnej obecności po śmierci.

Co prawda nie mamy jeszcze wszczepionych implantów, ale ilość danych jakie sami generujemy – zdjęcia, wideo, selfie, najbardziej emocjonujące chwile, które rejestrujemy sportowymi kamerami powoduje, że takiego materiału uzbierałoby się całkiem sporo.

Wirtualne cmentarze sprzed kilku lat (brrr, były okropne, brzydkie, głupie i zupełnie niepotrzebne) na szczęście zupełnie się nie przyjęły, ale do dzisiaj uwielbiamy stawiać wirtualne znicze. Czy powierzylibyście swoje wspomnienia reżyserowi takich filmów? A gdyby Wasze życia miał podsumować Ridley Scott? 🙂

Czy taki zawód cuttera przyjąłby się szeroko na współczesnym rynku? Tego nie jestem pewien i nie chodzi mi o ludzkie opory bo to raczej kwestia czasu ale raczej o (być może) zbędny czynnik ludzki. Czy faktycznie potrzebny będzie człowiek aby wybrać i zmontować najlepsze momenty naszego życia, skoro fantastycznie może to zrobić za nas specjalny algorytm (w dodatku z zachowaniem pozornej intymności).

google glass

Pewnie spora część użytkowników Facebooka wygenerowała sobie w lutym 2014 roku „prezent” od Facebooka czyli Lookback– jeśli nie, sprawdźcie sobie jak facebookowe algorytmy podsumowują Wasz czas spędzony na fejsie. Jeszcze ciekawszy jest projekt Intela sprzed trzech lat Museum of Me – aplikacja, która analizuje nasze aktywności (również na Facebooku) i na tej podstawie generuje wirtualne muzeum. Porządna robota – tak prezentuje się moje własne muzeum, wygenerowane za pomocą jednego kliknięcia – przez moment sam poczułem się jakbym oglądał własny pogrzeb.

Idźmy dalej i przyjrzyjmy się serwisowi Magisto – to również ciekawa usługa – wrzucamy do serwisu nasze nagrania, nie muszą być opisane, uporządkowane czy edytowane – wrzucamy cokolwiek. Magisto dobiera ujęcia, wybiera te, gdzie pojawiają się twarze, gdzie prawdopodobnie dzieje się coś ciekawego, dopasowuje do wybranego stylu i muzyki i za pomocą paru kliknięć mamy film z wakacji. Magia 🙂

To jeden z przykładów – zupełnie przypadkowe ujęcia, wrzucone do Magisto, wybrany temat i muzyka – kilka kliknięć.

A to tylko kilka narzędzi, pierwszych z brzegu, wcale nie najnowszych. Jeśli dodamy do tego stale rosnącą liczbę treści, które produkujemy my, lub nasi znajomi, kolejne gadżety i coraz sprytniejsze kamery czy mini drony filmujące nasze sportowe wyczyny i śledzące naszą pozycję (projekt Hexo+ zebrał na Kickstarterze ponad milion dolarów), kolejne generacje google glass oraz fakt, że coraz więcej danych przechowujemy w chmurach, są one na bieżąco katalogowane i analizowane. Wystarczy więc tylko spiąć te wszystkie rzeczy ze sobą (co jest raczej kwestią czasu i uzależnione od biznesowej analizy takich projektów) i w dowolnym momencie naszego życia lub tuż po naszej śmierci może powstać piękny, wzruszający film, który pokaże wszystkim jakie cudowne mieliśmy życie. Zresztą serwisy, które oferują usługę takich wirtualnych testamentów „po mojej śmierci skasuj wybrane konta, opublikuj konkretne wiadomości, wyślij maila do konkretnych osób” już funkcjonują i wraz z przełamywaniem oporów będą się coraz bardziej rozwijały.

I chociaż jestem przekonany, że najpiękniejsze historie, scenariusze i opowieści nadal jest w stanie stworzyć tylko umysł ludzki, to wygoda i rosnąca popularność takich generatorów spowoduje, że odpowiednik Cuttera granego przez Robina Williamsa chyba nie będzie potrzebny – wszystko da się ogarnąć jednym kliknięciem.

the final cut 03