3

O Niekrytym Krytyku i jego zeznaniach – przemyślenia mediafuna

Wiedziałem, że to tylko kwestia czasu zanim dorwę książkę Macieja Frączyka „Zeznania niekrytego krytyka”. Kibicuję i śledzę wszelkie pozainternetowe aktywności ludzi, których spotykam w internecie, więc ucieszyła mnie wiadomość, że kolejna internetowa osobowość wydała książkę.

Ale muszę Wam się na początku przyznać, że po książce Niekrytego nie spodziewałem się wiele, kupiłem ją trochę z obowiązku oraz żeby przekonać się, że miałem rację co do jej słabej jakości (i oczywiście ponarzekać na nią na blogu). Kiedy zamówiona książka w końcu do mnie dotarła, na miesiąc powędrowała na półkę w oczekiwaniu na swoją kolej. W tym czasie przed oczami, na różnych portalach mignęło mi kilka opinii i krótkich recenzji – specjalnie się w nie nie wczytywałem aby się nie sugerować, ale generalnie, na pierwszy rzut oka były to bardzo dobre recenzje, wręcz pełne zachwytu.

W sumie nic dziwnego, dzisiaj Niekryty Krytyk to nie tylko najpopularniejszy kanał na polskim YouTube, to również księgarnia, sklep z koszulkami oraz własna audycja (nie wiem czy wciąż, nie słucham radia) na antenie Radia Zet. Mimo tego, że (odnoszę takie wrażenie) formuła programu Niekrytego Krytyka trochę się już przejadła w sieci. Nic nowego, po prostu kolejne przewidywalne odcinki – pojawia się kolejny popularny mem w stylu mięsnego jeża czy chytrej baby z Radomia Niekryty robi o tym odcinek. Ale wciąż jeśli chodzi o oglądalność mamy Niekrytego Krytyka i długo, długo nic. To olbrzymi potencjał i wciąż liczne grono oddanych fanów (i hejterów) również – książka jest więc kolejnym etapem rozwoju postaci którą stworzył Maciej Frączyk oraz prostym sposobem na monetyzację popularności.

Z Niekrytym mam jeszcze jeden problem. Jest postacią, która doskonale wie jak wykorzystać media społecznościowe, od zera zbudował swoją olbrzymią popularność – z drugiej strony jest jakby niedostępny, oddalony trochę niczym gwiazdy telewizji oddzielone szklanym ekranem. W swoich produkcjach zwraca się bezpośrednio do widzów, namawia do aktywności itp. ale nie widzę tam człowieka. Nie wiem czy to popularność, liczba durnych propozycji, maili od fanów i hejterów (pamiętajcie, że Niekryty pracuje na innej skali niż jakikolwiek znany polski „youtuber”) powoduje, że Niekryty jest taki wycofany. Może to po prostu jakaś niechęć do ludzi, cecha charakteru albo przemyślana strategia (z książki wynika, że strategia, ale może jest coś tam więcej). Być może, na żywo Niekryty nie jest już taki zabawny, z książki wynika, że po prostu skupia się na swojej robocie i nic innego go nie interesuje. I nie chodzi mi wcale o lansowanie się na konferencjach branżowych, organizowanie zlotów fanów czy występowanie w telewizjach śniadaniowych, ale jeśli spojrzycie na Krzysztofa Gonciarza, który wykreował kilka postaci, Sylwestra Wardęgę czyli Superbohatera, który również kręci vlogi czy robi live z widzami czy w końcu Lekko Stronniczych do zrozumiecie o jaki rodzaj relacji mi chodzi. U Niekrytego tego nie ma. Szanuje ten wybór i podziwiam konsekwencje, ale jednak w całej postaci Niekrytego brakuje mi takiego ludzkiego, kumpelskiego pierwiastka.

Ale miało być trochę przecież o książce 🙂
Z książką „Zeznania Niekrytego Krytyka” mam ten sam problem co ze współczesnymi grami fps – wystarczają na jeden wieczór. Z książką właściwie jest jeszcze gorzej a moje pojęcie „czyta się jednym tchem” zostało przewartościowane – niecałe 2 godziny później (z przerwą na herbatę) i byłem na ostatniej stronie. Zresztą pierwsze wrażenie też nie było najlepsze… zaledwie 130 stron w cenie ok. 30 zł, pisane dużą czcionką ze sporymi odstępami. Brakowało jeszcze takiego dmuchanego papieru stosowanego często aby książka sprawiała wrażenie grubszej. Dopiskiem do tytułu, sugerującym, że zeznania Niekrytego są „nieocenzurowane” nie ma co się przejmować – zupełnie nic nie oznacza. Trochę dziwny język, chyba młodzieżowy (a niech to dunder świśnie, wiedziałem, że w pewnym wieku napiszę coś takiego… młodzieżowy – nie rozumiem) przez pierwsze dwa rozdziały nie wiedziałem do końca co czytam, wspominki, sugestie, przemyślenia, jakiś dialog z czytelnikiem, chaotycznie i bez składu. Ale przebrnąłem, dalej było trochę lepiej.

Z książki dowiemy się trochę o początkach Frączyka, o powodzeniach i niepowodzeniach w szkole – wspominki podane są jednak w dość oszczędnej formie. Przeplatane trochę ni to felietonami ni to przemyśleniami, a to na sprawy edukacji młodych ludzi, relacji damsko-męskich (stary dowcip – a teraz rozdział o kobietach – puste strony), o hejterach, piratach i pomaganiu szczęściu. Ciężko w sumie powiedzieć o czym jest ta książka… może zabrakło jakiejś redaktorskiej dyscypliny.

Plusem, który jednak szybko został przeważony przez minusy są kody QR, które pojawiają się w kolejnych rozdziałach. W książce gwiazdy internetu przeniesienie czytelnika do treści video to moim zdaniem niezbędny dodatek – brakowało mi tego w książce Krzysztofa Gonciarza. Kody QR lub proste odnośniki typu www.mediafun.pl/film1 to nienajgorsze rozwiązanie. Niestety, w książce Frączyka odnośniki przenosiły głównie to teledysków lub fragmentów filmów do których odnosił się w treści, odnośniki do jego własnych produkcji można policzyć na palcach jednej ręki. A szkoda, bo to doskonała okazja, żeby zaszyć w książce, jakieś video specjalnie dla czytelników – w końcu to dla nich książka.

Swoją drogą, jestem ciekaw, dla ilu czytelników tej książki taki obrazek z informacją „zeskanuj kod” jest zupełnie nieczytelny. Jaki kod? Zeskanować? Czym? Skanerem?

Szybko się przekonałem, że to nie jest książka dla mnie… ale czy jest w niej coś ciekawego, oprócz możliwości zbliżenia się do postaci Niekrytego Krytyka i dotknięcia go na chwilę przez papier? Jest kilka fragmentów, które szczególnie chciałbym polecić młodym ludziom, zanim sięgnięcie po książki amerykańskich miliarderów i innych byznesmenów piszących o sukcesie i myślących dolarami. Świetny jest list dzisiejszego Frączyka do młodego Frączyka, zaczynający się od słów „Ty debilu”. Warto przeczytać. Bardzo motywujący jest rozdział o poznawaniu poznawania czyli o edukacji, nauce, własnym rozwoju – również szczerze polecam. Podobała mi się również konsekwencja i stawianie warunków podczas negocjacji z Radiem Zet (przez wielu widzów Niekrytego i chyba przez niego samego też porównywane do tego jakby złapało się boga za nogi) – jest olbrzymią satysfakcją móc robić swój program dokładnie tak jak się chciało w medium, które nie raczej wolałoby co nieco sformatować. Pewnie sporo młodych ludzi odnajdzie dla siebie sporo takich smaczków. Ja je wypisałem tutaj trochę na siłę.

Dla kogo więc jest książka Maćka Frączyka? Wiem, że pewnie niektórzy z Was się na mnie obrażą, ale, szczególnie polecam ją:
– fanom Niekrytego Krytyka, którzy nie skończyli jeszcze 18 lat (albo 16);
– wszystkim tym, którzy w 2012 nie przeczytali żadnej książki lub kartkowali tylko streszczenia lektur – być może wyzwanie w postaci „Zeznań Niekrytego Krytyka” pozwoli wam wrócić na ścieżkę poznawania świata poprzez książki. Jeśli dotarliście do tego miejsca to tak jakbyście przeczytali 1/20 książki Niekrytego (poważnie, policzyłem).

Wszyscy pozostali – kupujecie tę pozycję na własne ryzyko i pod warunkiem, że jesteście gotowi na książkę trochę bez pomysłu, niepoukładaną i napisaną dla pieniędzy. Możecie ją kupić tutaj za 28 zł… albo za 69,99 zł za książkę z autografem. Nie, to nie żart, za autograf Niekrytego Krytyka trzeba dopłacić ponad 40 zł, sprawdzałem dwa razy jak to zobaczyłem. To jest mega słaby ruch, nie podoba mi się to zupełnie. Cztery dychy można zainwestować w coś zdecydowanie bardziej sensownego. Świat, w którym kupuję w sklepie książkę bez autografu, a ten ewentualnie mogę zdobyć na spotkaniu z autorem, targach książki czy jakiejś inne okazji i możliwości uściśnięcia dłoni jest dla mnie bardziej zrozumiały.

Maciek Frączyk zapowiedział właśnie kolejną książkę, szkoda, że już na początku prosi o pomysły od widzów – nie wróży to niestety poprawy jakości (obym się mylił) ale że sprzeda się dobrze, to tego jestem pewien.

  • Ciekawa recenzja i jak dla mnie pomocna w decyzji o zakupie, dzieki wielkie

  • Gdybym sma miała recenzować książkę pana Frączyka, to poszłabym podobnym tropem – fakt, że już wyrosło się z żartów Niekrytego nie przszkadza dostrzec także dobre strony tej publikacji

    Pozdr