8

Liczba czy ilość demonstrantów?

Demonstracje i uliczne pikiety to zawsze ciekawy temat do obserwacji różnych zjawisk społecznych. Oprócz oczywistych emocji, słownych lub jajecznych spięć czy też siłowych starć, pomysłowych napisów na transparentach jest zawsze jeden element który mnie interesuje – liczba uczestników. Hmm, a może powinienem napisać ilość uczestników?

Dla przypomnienia, w języku polskim określenia „liczba” stosuje się do wartości policzalnych, natomiast „ilość” do tych wartości, które policzyć już jest trudniej. No i idąc w tym tropem, liczba/ilość uczestników demonstracji jest zawsze różna, w zależności od tego kto podaje „wynik starcia”. Zazwyczaj mamy kilka źródeł informacji:
organizatorzy – ci zawsze zawyżają liczby, już od samego początku, odgrażając się władzom, że przyjedzie kilka tysięcy, przyjeżdża zazwyczaj mniej (bo upał, bo deszcz, bo wakacje itp.). Organizatorzy mają zazwyczaj zamontowany jakiś magiczny mnożnik w oku, który stosują podczas podsumowań po akcji… o tym będzie trochę później;
dziennikarze – tutaj jest kilka czynników, które wpływają na rzetelność informacji. Pierwszy to oczywiście sympatie polityczne i kierunek patrzenia dziennikarzy: w zależności czy patrzą w kierunku Torunia czy też jeszcze bardziej na Zachód – wyniki mogą być różne. Istotna jest też rzetelność całego materiału, bo jeśli ekipa wpadnie na sam początek, skręci jedną czy dwie „setki” i znika, to trudno mówić o pełnym obrazie sytuacji. Niektóre demonstracje mają szczęście, i dziennikarze (szczególnie kanałów informacyjnych) towarzyszą im cały czas;
uczestnicy – tu oczywiście zależy, po której stronie barykady stoi uczestnik, bo demonstracjom towarzyszą często kontrdemonstracje. Poza tym człowiek w dużym tłumie zdecydowanie mniej widzi niż obserwator wydarzenia z balkonu… a kiedy uczestnik podda się wpływowi tłumu, rozgrzeje go atmosfera i aktywnie zaangażuje się np. we wspólne skandowanie – wtedy niebezpiecznie mnożnik w oku może się uaktywnić. Regułą jest że liczba uczestników i ocena (sukces czy porażka) podawana przez organizatorów jest zawsze zawyżoną wartością;
policja – z tego źródła możemy moim zdaniem uzyskać najbardziej zbliżoną do prawdy informację, policjantom chyba najmniej zależy na zawyżaniu czy pomniejszaniu liczby uczestników. Poza tym charakter demonstracji pomaga nam ocenić liczba zatrzymanych, wartość zniszczonego mienia i liczba rannych policjantów – to źródło podaje zawsze fakty i po określeniu „ranny policjant” możemy spodziewać się naprawdę poturbowanego człowieka. W innych mediach już samo skaleczenie w palec robi z uczestnika męczennika (nie polecam, ale warto sprawdzić jak rodzą się męczennicy w telewizji narodowej (1:13)

czytelnicy i widzowie oglądający zdjęcia lub relacje mediów – są oni ściśle zależni od ideologią mediów jakie czytają i rzetelności przekazu – i mają do czynienia jedynie ze skrawkami informacji – ich opinią dotyczącą liczebności demonstracji specjalnie bym się nie przejmował (chociaż tu zawsze angażują się w ocenę danego wydarzenia).

Ok, to tyle mojego teoretycznego wstępu i założeń. Postanowiłem sprawdzić w praktyce kwestie liczenia uczestników demonstracji i wybrałem się na czwartkową pikietę pod Pałacem Prezydenckim przeciwko podwyżkom VAT.

Chciałem też sprawdzić, czy mocno w swoim tekście pomylił się Wojciech Orliński, traktując internet jako przereklamowane medium. (Gazeta Wyborcza – Duży Format, Wojciech Orliński „Internet przereklamowany”).

Demonstracja wykopowiczów dobrze ilustruje to, co wielu z nas czuje przez skórę: ten cały internet jest po prostu przereklamowany. Wielu ludzi zakłada blog lub konto w serwisie społecznościowym z nadzieją, że czyni to z nich „dziennikarzy obywatelskich”, demaskujących afery i inicjujących wielkie ruchy polityczne. A tak naprawdę sławę zdobywają tylko ci, których wylansują tradycyjne media. Blogi Janusza Palikota czy Marka Migalskiego są znane, bo ciągle cytują je duże komercyjne portale albo prasa papierowa.

W tym samym czasie blogi takich (byłych) polityków jak Leszek Miller czy Wojciech Wierzejski pozostają bez echa, bo tradycyjne media się nimi nie interesują. Ludzi, którzy uwierzyli w slogan o „mediach obywatelskich” tworzących w internecie jakąś trzecią siłę, przeważnie spotyka rozczarowanie.

[…]

No dobrze, ale Taras swój niewątpliwy sukces też w dużej mierze zawdzięcza jednak temu, że jego akcję natychmiast dostrzegły i podchwyciły media tradycyjne. Dziennikarze lubią Facebooka, bo polityka zwalczania anonimowości przez administrację tego serwisu choć częściowo eliminuje ataki chamskimi wyzwiskami pod adresem osób znanych tylko z gazety lub ekranu TV.

Daleki jestem od tak ostrego stwierdzenia, że internet jest przereklamowany, ale rzeczywiście ci, którzy próbują przenieść aktywność i emocje które towarzyszą w sieci do działań realnych często zderzają się z brutalną rzeczywistością, że w sieci o wiele łatwiej kliknąć, „kopnąć” czy „zalajkować” niż ruszyć cztery litery sprzed komputera. Sami dziennikarze, idąc na skróty lub kiepsko orientując się w tym jak działają społeczności często podają z zachwytem jaka liczba fanów poparła daną akcję biorąc to automatycznie za ocenę skali wydarzenia. Każdy (w tym również ja) kto próbował zamienić społeczną sieciową aktywność na działania w realu wie, że liczby i poparcie w sieci bardzo trudno przekłada się na wymiar realny. I zgadzam się z Wojciechem Orlińskim, że dopiero kiedy akcja internetowa zainteresuje tradycyjne media wtedy dopiero ma szansę nabrać rozpędu. Zresztą w wielu przypadkach sukces organizatorów akcji czy nas – blogerów jest liczony tym, ile razy duże media wspomną o akcji, jaka gazeta o tym napisze i czy TVN24 zrobi o tym setkę. Innym tematem jest fakt, że to internet jest najczęściej kopalnią tematów i pomysłów dla dziennikarzy – ale to rozmowa na inny wpis.

Ok, wróćmy do pikiety „protest przeciwko podwyżce VAT”. Tak jak wspomniałem, zajrzałem tam aby zobaczyć co i jak się to kręci, oraz żeby swoimi nogami poprzeć protestujących. Nie będę wchodził w politykę ani moje przekonania, ale trzymając się tematu wpisu nawiąże do liczby uczestników i komunikatów po pikiecie.

Tutaj krótki materiał z początków pikiety mojego autorstwa:

Na moje oko brało w niej udział około 150 osób, przy dobrej woli – góra dwieście – przy tej liczbie będę się upierał.

Relacja "Metra" w pikiety

Media (PAP) podało najmniejszą liczbę uczestników, faktycznie moim zdaniem mocno zaniżoną, w komunikacie możemy przeczytać, że „udział wzięło kilkudziesięciu demonstrantów”. Problem z PAP jest niestety taki, że potem cytują je pozostałe media, i tak też się stało w tym przypadku – Metro posiłkowało się zapewne tą informacją.

Organizatorzy pikiety czyli KoLiber oraz Kontestacja poszli natomiast jeszcze dalej – ocenili liczbę uczestników na ponad 500 osób i jednocześnie strasznie byli oburzeni na tak zaniżoną liczbę podawaną przez PAP. Tak jak pisałem wcześniej, różnie można liczyć demonstrantów, ale liczba 500 jest tutaj na moje oko zdecydowanie zawyżona. Pojawiało się również określenie, że jest to liczba która „przewinęła” się przez demonstrację… no cóż, organizując ją na Krakowskim Przedmieściu, gdzie „przewija” się tych ludzi cała masa, wciąż funkcjonuje tam najnowsza atrakcja turystyczna stolicy czyli obrońcy krzyża – liczenie osób które się jedynie „przewinęły” jest sporym nadużyciem. Przyjmując taki punkt mierzenia sukcesu może lepiej następne manifestacje robić w roboczy dzień na stacji metra w godz. 14-16 :-). Ale na poważnie, wolałbym aby jednak organizatorzy podawali informacje bardziej zbliżone do rzeczywistości (200 osób to też sukces – realny – a nie tania propaganda), zwłaszcza, że na chłodny rozum (będę się upierał przy tych dwustu uczestnikach) to ten znienawidzony, państwowy PAP podał bardziej rzetelną informację (bo pomniejszył liczbę uczestników o ponad stówkę) niż Kontestacja (która sobie tych 300 dosztukowała). Podobnie „wiarygodnie” brzmiały informacje i zaobserwowanej licznie sześciu tajnych agentów, którzy filmowali demonstracje z ukrycia 🙂 – przypominam – Krakowskie Przedmieście to po ostatnich wydarzeniach bardzo dobrze monitorowane miejsce za pomocą kamer monitoringu miejskiego. Chyba, że każdego z telefonem komórkowych czy kamerką zaczniemy podciągać pod pracownika służb specjalnych… ehhh, wybierając drogę agenturalnej paranoi wybiera się szlak fanatyzmu i chorych emocji i przede wszystkim nieprawdziwych informacji, a to chyba z tym zarówno KoLiber jak i Kontestacja walczy…

Ale oczywiście to tylko moje rozważania i luźne myśli na temat liczebności demonstracji. Chyba dobrym miernikiem sukcesu takiego wydarzenia byłaby wspólna lista poparcia podpisana przez wszystkich uczestników – mielibyśmy wtedy twarde liczby i jakiś trwały efekt pikiety. W ocenę politycznych efektów pikiety nie będę wchodził, nie jest to tematem tego wpisu ani tego bloga.

Niemniej jednak zdecydowanie sukcesem organizatorów nazwałbym przeniesienie internetowej aktywności na realny wymiar – były i media z kamerami (TVN24, Superstacja) i dziennikarze papierowych i radiowych mediów, był celebryta (Janusz Korwin Mikke). Mimo poważnego problemu i tematu spotkania pikieta miała fajną atmosferę, były zabawne okrzyki, sporo merytorycznych rozmów między pikietującymi, nie było chorych emocji i agresywnych przepychanek do których przyzwyczaiły nas „krzyżowe” demonstracje. Organizatorzy zapowiadają więcej akcji, warto więc śledzić ich facebookową aktywność (Protest przeciwko podwyżce podatku VAT) czy też strony główne KoLibra czy Kontestacji.

Ps. Likując źródła wpadłem na komentarze pod audycją radia Kontestacja po pikiecie. Widzę, że mam tam swój stały fanklub wierzący że jestem agentem zatrudnionym przez rząd Tuska aby zniszczyć organizację od środka, i zarabiam na tym całkiem niezłą kasę. Gratuluję fantazji i współczuję życia w takim stanie ciągłego zagrożenia, gdzie agent czai się za każdym rogiem. W sumie idąc tym tropem, to Kontestacja nie potrzebuje żadnego agenta – słuchacze sami sobie wymyślą bajkę i wprowadzą zamęt w swoich szeregach i znajdą sobie czarownicę do spalenia, wystarczy odpowiednio pokolorować informacje. Tak jak tych sześciu tajnych agentów filmujących z ukrycia demonstrantów – skojarzyło mi się, że jednym z obrońców krzyża – Ed Konspirator (Wprost nr 33), który co kilka dni zmienia miejsce noclegu (ma ponad 10 kryjówek), a pod krzyż dociera codziennie inną drogą – agenci nie śpią 🙂 Sam chętnie oddam całą kasę, którą do tej pory dostałem od rządu za swoją agenturalną działalność na potrzeby i rozwój Kontestacji.

Ok, następnym razem sugerowałbym większą rzetelność niż lukrowanie swoich sukcesów, bardziej charyzmatycznych mówców i zdecydowanie konkretny plan manifestacji (bo po 25 minutach miałem wrażenie, że organizatorzy nie mieli pomysłu co dalej) oraz jakieś namacalne zakończenie – petycja, podpisy itp. – zdobędziecie większe poparcie i łatwiej będzie o merytoryczne wsparcie.

  • Treo

    Z moich obserwacji różnych pikiet wynika, że dziennikarze zawyżają, zaniżają liczbę demonstrantów pod linię artykułu. Skoro artykuł ma wyśmiewać to zaniżają, a jak ma przerażać to zawyżają. Przeważnie jednak idą w dół. Policja natomiast zawsze zaniża liczbę. Bardzo bardzo często to obserwowałem. Jeżeli chodzi o ocenę liczby czy ilości to rzeczywiście każdy ma swoje, prawda pewnie leży gdzieś po środku i nie ma co oburzać się na PAP, które zaniżyło liczbę 10 razy. To w interesie PAP, żeby obniżać rangę takich wydarzeń.
    Jeżeli chodzi o liczbę agentów to trzeba być naiwnym, żeby sądzić że na Krakowskim ich nie było. Byli. Mówienie o nich w tej sytuacji uważam, za normalne. Co innego gadanie, że wszędzie są agenci – to już przesada. Ale skoro tam byli, a byli, to warto o tym mówić. Zresztą dzisiaj na przykład JKM został spisany przez policję zapewne w reakcji na udział w pikiecie anty-VAT, bo nie pamiętam, żeby kładzenie wieńców pod pomnikami było wykroczeniem.
    A te całe teksty o agencie Budzichu itd. to oczywiście forma żartu, ale to Ty na własne życzenie zrobiłeś sobie opinię kogoś niejasnego. Po akcji "zapytaj-premiera" zamiast jak facet przyznać czemu nie zaprosiłeś Martina, schowałeś głowę w piasek, a jak ktoś Cię pytał to już byłeś obrażony, że ktoś śmie i nie odpowiedziałeś do dzisiaj.. Więc jesteś na własny wniosek uznawany przez ludzi za kogoś kto nie wywiązuje się ze swoich słów. Jak to ma być działanie na rzecz porozumienia i otwartości to coś chyba tu jest nie tak.
    No i to tyle, Łatwo jest tak krytykować ruchy obywatelskie niż rządzących. O wiele słabszy przeciwnik, chłopiec do bicia.
    Mam nadzieję , że będą kolejne pikiety. W pierwszej pikiecie, którą pamiętam wzięło udział kilka osób, w tej, drugiej kilkaset. Myślę, że to dobry kierunek.

    • mediafun

      obiecałem odpowiedzieć Martinowi to prawda, i to zdanie podtrzymuję, do dzisiaj nie było ani okazji, ani spotkania ani jakiejkolwiek rozmowy między mną i Martinem, jeśli taka się nadarzy to mu to wyjaśnię. Żądania które dostawałem na mail albo od anonimków albo od "niemartinów" z żądaniem "odpowiedz Martinowi!" olewałem.

  • Treo

    Piszesz, że byłeś na pikiecie 25 minut i że mało się działo, tam był Martin. Może chciałeś podejść, ale z jakiegoś powodu zrezygnowałeś? Czemu? Nie wiem ile osób do Ciebie pisało w tej sprawie, zawsze zdarzają się różne osoby. Ale wiem, że było wiele osób, które nie było anonimkami i które nie żądały niczego ale grzecznie pytały. Jak się działa publicznie to ma się większą odpowiedzialność niż tylko prywatną.

    • mediafun

      A to ja mam sprawę do Martina czy Martin do mnie? Równie dobrze jak on mnie widział na pikiecie to mógł podejść i zapytać… dlaczego tego nie zrobił, czegoś się obawiał?? oto jest pytanie (uwaga, ironia).
      Treo nie każ mi robić, tego co Ty uważasz za słuszne.

      • Treo

        Martin jest petentem, więc on ma sprawę nie? I wybacz, że przypominam Ci co obiecałeś. Rzeczywiście nie powinienem tego robić (uwaga: 2xironia).

  • sfrapowany

    "następnym razem sugerowałbym większą rzetelność niż lukrowanie swoich sukcesów, bardziej charyzmatycznych mówców"
    wybacz kolego sympatyczny ale z zarzutem o braku charyzmy jestes smieszny radze spojzec w lustro zanim drugi raz cos takiego napiszesz.

    • mediafun

      wpadnij kiedyś na szkolenia live które robię, albo jakąś konferencję na których jestem prelegentem

  • Wszystko zależy od tego, co w danym momencie brzmi bardziej imponująco 🙂