Znowu Sting dla Orange, czyli odgrzewane kluchy

W najnowszym „Media&Marketing Polska” przeczytałem krótki artykuł, case study o tym jak Orange startował w Polsce koncertem Stinga. Ok, znam redakcyjne życie i wiem, że są tematy, które leżą w szufladach i najczęściej w wakacje się je odkopuje. Jednak ten case wydał mi się trochę spóźniony, a przede wszystkim nie do końca rzetelny, nawet biorąc pod uwagę fakt, że autor to: „materiały pochodzą z agencji”. Odpowiedzialna za całość akcji Sting była agencja Testardo Red Cell (przy okazji – agencja roku 2006 wg „Media&Marketing Polska”), która miała nie lada orzech do zgryzienia… bo i produkcja koncertu, dystrybucja biletów, komunikacja i obsługa PR, 150 tys. ludzi na koncercie – naprawdę masa pracy. Artykuł kończy się tekstem:
„Orange pozostanie na długo (a może na zawsze) jedynym tej skali koncertem typu corporate, na który bilet kosztował jedynie tyle co 1 SMS”.
I to prawda, jednak szkoda, że pominięto opinie jakie zebrał ten koncert… a zebrał sporo batów, nie będę tu wszystkiego wyliczał, wspomnę tylko kilka swoich spostrzeżeń:
– bilety udało się wygrać i odebrać bez problemu, nawet w czasie sezonu polowań na godz. 00:00 organizator ułatwił możliwość wygranej i rozdawał bilety co godzinę;

– na samym koncercie już było gorzej – tak kiepskiego nagłośnienia, obojętnie gdzie nie stałem (a trochę szukałem) nawet pod głośnikami dawno nie słyszałem, przypomniały mi się moje stare głośniki podłączone do radia „Amator”;

– dźwięk w stosunku do obrazu na telebimie był opóźniony co najmniej o sekundę, więc jednoczesne oglądanie telebimu i słuchanie muzyki traciło sens;

– opinie moich znajomych z sektora vip też nie zostawiły na koncercie suchej nitki;

– pewnie ze względów bezpieczeństwa spora część placu, na którym stali ludzie była oświetlona bocznymi reflektorami, szkoda tylko, że reflektory tak waliły po oczach, że uniemożliwiały obserwowanie sceny,

– klimat… to było chyba najgorsze, i często jest bolączką darmowych spędów, bo przychodzą ludzie, którzy nie znają artysty i akurat nie mają co robić albo wygrali bilet… nie zawsze wiedzą jak zachować się na koncercie

– mniej więcej w połowie koncertu stwierdziliśmy z ekipą, że dojść tej męczarni, wracamy do domu sprawdzić temperaturę browarów w lodówce… trochę zawstydzeni, że wychodzimy w połowie koncertu, bo niejeden koncert w życiu przeżyliśmy. Ale wracając, okazało się, że nie tylko my mamy dość tego kiepskiego widowiska (niezawinionego zupełnie przez Stinga), bo tłumy przy wyjściu były niemiłosierne. W życiu nie widziałem tylu ludzi wychodzących jeszcze w trakcie trwania koncertu.

To tylko kilka uwag, na dowód tego, że o organizacji tego koncertu krążyły „zróżnicowane” opinie kilka pierwszych z brzegu linków do dyskusji na grupach dyskusyjnych:

pierwsza z brzegu dyskusja nr 1
pierwsza z brzegu dyskusja nr 2
pierwsza z brzegu dyskusja nr 3
pierwsza z brzegu dyskusja nr 4
pierwsza z brzegu dyskusja nr 5

Wydaję mi się, że zamiast chwalić się, jak ładnie wszystko wyglądało, można by chociaż wspomnieć, że „mimo trudności i przeciwności, technicznych ograniczeń, tylu ludzi i w ogóle zrobiliśmy wszystko co się dało, nie wszystko wypaliło… i takie tam”. Nie, żebym się czepiał, bo to stara sprawa, koncert odbył się prawie rok temu… ale to nie ja ten temat przypomniałem 🙂

A na usprawiedliwienie swojego marudzenia dodam, że niejeden koncert przeżyłem, i to zarówno taki na którym się siedzi grzecznie na krzesełkach, stoi ładnie w tłumie lub dziko tańczy pod sceną, gdzie jest się jednym ze stu tysięcy widzów albo 1/10 całej publiczności. Ostatnią udana imprezę opisywałem niedawno.