19

Uwaga, nadchodzi Vstitial!

Ten post powinien się pojawić właściwie dwa dni temu, ale jakoś było mu nie po drodze i doba była za krótka… Wiadomości pewnie też nie ucieszą wielu internautów, bo oto nowopowstała sieć reklamy video V2Media (skojarzenia z rakietami V2 niekoniecznie zamierzone) będzie oferować między innymi 30-sekundowe, 4-megowe inwazyjne, wyskakujące klipy video. Oczywiście to nie jedyna forma reklamy… będzie więcej… chociaż pozostałe produkty są mniej inwazyjne. Ta radosna wiadomość została ogłoszona podczas konferencji ARBOinteractive Polska (V2Media to część tej firmy).

Plusem, którego się doszukałem jest możliwość mierzenia w którym momencie filmu internauta dotarł do przycisku X. Jestem bardzo ciekaw takich wyników (jeśli będą w ogóle publikowane) i okaże się, że 70% spotów zamykanych jest w 2 sekundzie emisji? Zobaczymy jak to będzie.

Niedawno na kilka dni zepsuł mi się w przeglądarce AdBlock… internet, z którego przez ten czas korzystałem (wyskakujące reklamy, rozjeżdżająca się strona główna gazety) to było zupełnie inne doświadczenie. Na szczęście AdBlock szczęśliwie się naprawił i wróciłem do rzeczywistości.

A jak nie wystarcza Wam moja videorelacja, to polecam informacje na mediarun.pl.

  • O ile sam pałam szczerą nienawiścią do inwazyjnych form reklamy w internecie, to dziwi mnie takie namawianie do stosowania adblocka przez redaktora serwisu, który sam reklamy umieszcza u siebie i czerpie z nich dochód, a więc siłą rzeczy rozumie podstawowe zależności pomiędzy reklamą, a treścią.

    (oczywiście sedno tu tkwi właśnie w tych inwazyjnych formach i dam sobie głowę uciąć, że gdyby nasz rynek był bardziej cywilizowany to niechęć do reklamy internetowej byłaby dużo mniejsza)

  • aha, to nie personalny atak Maciek, raczej próba dyskusji na ten temat

  • Nie oszukujmy się, wielu blogerów i czytelników blogów stosuje AdBlocki, sam jako mediafun właściwie powinienem nie używać AdBlocka i monitorować co się dzieję w reklamie w internecie… ale po prostu nie daję rady korzystać tak z internetu. Może z popupami da radę wytrzymać internauta który dwa razy dziennie zagląda do internetu, przejrzy onet, naszą-klasę… ale kilka godzin dziennie…. noł łej
    Reklamy u mnie na blogu… to oczywiście początek i jestem pewien, że reklamodawcy którzy decydują się na reklamę u mnie są świadomi wyższego, niż ogólna średnia korzystania, z AdBlocka. Sam widzę, że za dużo flasha na stronie… mam nadzieję, że kolejne rozmowy z reklamodawcami pozwolą zejść do poziomu statycznego banera – to też jest powód dlaczego chętnie sam bezpośrednio kontaktuję się z reklamodawcami – aby wypracować najbardziej odpowiednią formę reklamy (zresztą blogi Marcina Jagodzińskiego czy Grzegorza Marczaka pokazują że można).

    Zresztą mam nadzieję, że reklamy na moim blogu będą skierowane właśnie do doświadczonych internautów, którzy wiedzą co to jest AdBlock i reklamodawca będzie w stanie to przewidzieć.

    Dodam, że wpisy na moim blogu są publikowane w całości w kanale RSS, więc dla tych wszystkich uczulonych na grafikę i reklamę zawsze jest to jakaś alternatywa.

  • Ja też jestem nadaktywnym użytkownikiem internetu ale wychodzę z założenia, że oglądanie i doświadczanie reklam jest kosztem, który muszę ponieść żeby dostawać treść. Tutaj decyzję pozostawiam nadawcy, bo ma prawo narzucać mi reklamy, jeżeli dostarcza content przyciągający mnie do jego publikacji.

    Adblock to jednak krok w stronę piracenia contentu. A w dalszej perspektywie krok w stronę coraz bardziej ubogich przekazów i coraz niższej jakości tego co oglądamy i czytamy.

  • Pablo

    Nie zgodzę się z gołąbem, że otrzymywanie treści jest zależne od zgody na przyjmowanie reklam. Internet jak żadne inne medium pokazał, że tzw „content” można wytwarzać (także z biznesowych pobudek) bez wsparcia reklam. Jakoś tak z 10 lat internet dawał sobie radę bez tej podpory, a śmiem postawić tezę, że to właśnie „dobrodziejstwo” reklamowe spowodowało właśnie miałkość treści i obniżenie standardów. Bo ci co nie mieli nic do powiedzenia, teraz to robią tylko by zarobić.
    Nie, żebym był przeciwny jakiejkolwiek reklamie w internecie. Jak z każdą realizacją komercyjna, można ją zrobić dobrze albo źle. A to co blokuje Adblock, to właśnie te „śmieci” których szczęśliwie nie musimy oglądać.
    Myslę, że będzie tak, iż to konsumenci będą mieli możliwość wyboru czy chcą reklamę oglądać czy nie, i sądzę że wiele z nich będzie oglądanych o ile będą ciekawie zaprojektowane i świetnie wykonane (patrz np. internetowa kampania BMW z Clivem Owenem).

  • ja również uważam, że reklama jest kosztem za ogladaną treść. Ale używając adblocka nie protestuje przeciwko reklamie ale przeciwko naruszaniu moje prywatności…bo szlag mnie trafia ja sobie surfuję wieczoeam po necie, spokojnie słuchając muzyki a tu mi wyskakuje grający banner. Jak mi reklama, niczym akwizytor włazi na ekran to Wtedy nie ma zmiłuj. W telewizorze mam pilota, w internecie AdBlocka.

  • Pablo

    Przybliżcie mi zatem swoje stanowisko. Czy ma być tak, że każda treść ma pojawiać się w sieci na zasadzie wymiany: treść za reklamę? – wszak to może i najprostszy sposób zarabiania, ale po pierwsze internauci są znacznie bardziej niż telewidzowie wyczuleni na taką formę ingerencji, a po drugie – jak uczą nas doświadczenia z tradycyjnych form reklamowych np. outdooru – jej nadmiar prowadzi do absurdalnego przesycenia, wpływającego także na zachowania społeczne. Pomijając fakt, że reklamodawcy po raz kolejny „zarżną” (przepraszam za sformułowanie) kolejne medium, taki komunikat – i reklama i content – przestanie być słyszalny.

  • orb

    @Gołąb: „Adblock to jednak krok w strone piracenia contentu” ??? no nie ^^ rozklepales mnie na lopatki 😀

    A moze jednak to po prostu narzedzie pozwalajace Internautom wybierac, co chca miec wyswietlane na ekranie ich prywatnego komputera? Albo srodek do ograniczenia bezsensownego clutteru?

    Pod tym wzgledem zgadzam sie Pablem – jeszcze troche i dzieki beztrosce domow mediowych i glupocie klientow zasmiecimy Internet bardziej, niz zasmiecilismy juz wlasne miasta.

    I tak banner blindness jest coraz bardziej obecne i nawet bez Adblocka content „bedzie piracony”, szczegolnie jesli bedzie wyswietlany w takich ilosciach i formach jak dotychczas. Bo po prostu nikt nie bedzie zwracal uwagi na te bezsensowne triple-expand-video-billboardy 3G.

    Idac Twoim tokiem rozumowania, niedlugo bedzie trzeba obowiazkowo zatrzymac sie samochodem na ulicy i popatrzec kilkanascie sekund na billboard – bo to oczywista forma zaplaty za zaszczyt korzystania z ulicy.

    do Twojej tezy, dotyczacej korelacji miedzy iloscia reklam, a jakoscia contentu – nawet sie litosciwie nie odniose…

    peace!

  • Ale odnieś się, jestem przygotowany 🙂

    Myślę, że mimo wszystko mamy wspólną płaszczyznę porozumienia – beztroska domów mediowych i nadawców (jak oni mogą mieć te formy w ogóle w ofertach?) doprowadzi do tego, że wkrótce nie będzie do kogo docierać z reklamą, nawet już cywilizowaną…

    „Moim tokiem rozumowania” na pewno nie dotarlibyśmy do wątłego porównania z outdoorem, które przytoczyłeś. Problem zaśmiecania przestrzeni publicznej ma się nijak do reklam emitowanych przez nadawców na ich własnych serwerach, pod adresami do odwiedzania których nikt nie jest zmuszany.

    Użyjmy przykładu bloga Maćka żeby się zastanowić nad tą jakością contentu. Od pewnego czasu obecne są tu reklamy i sponsorzy ale równolegle pojawiły się też relacje z konferencji, reportaże z planów filmowych, castingów do reklam, wywiady i inne materiały video. Pewnie Maciek sam to zweryfikuje ale jakoś czuję, że te 2 fakty nie są od siebie niezależne… To, że tutaj reklama jest kontekstowa, w miarę nienachalna i summa summarum właściwie stosowana to osobna sprawa.

    Korelacja między reklamą, a jakością contentu to raczej coś czym martwię się w kontekście przyszłości tego medium niż sytuacji obecnej. Dzisiaj nadal polski internet jest ubogim bratem telewizji i prasy. To że możemy sobie online czytać reportaże w Dużym Formacie czy też inne, podobne materiały wymagające sporo czasu i pieniędzy na przygotowanie, nie wynika z siły redakcji internetowej i jej zasobów, tylko z tego że ma bogatych w treści i hojnych krewnych. Jak to się jednak zmieni z czasem?

    Nadal będę uważał, że dobry content potrzebuje zasobów, a innej alternatywy niż reklama chwilowo nie ma. W moim konkretnym przypadku zapotrzebowanie na dobre treści przewyższa dyskomfort związany z oglądaniem bannerów. W dodatku nadal wierzę w to, że kiedy odwiedzam moje ulubione blogi i portale to zgadzam się na warunki, które nadawcy mi proponują.

    Gdzie tu argument o prywatności? Nikt Wam przecież nie wpycha tych toplayero-skyscrapero-expandbillboardo-videostitiali na ekran komputera. Wchodzicie pod konkretny adres, wiedząc że dana redakcja ma za nic własny wizerunek i etyczną, rozsądną reklamę i będzie Wam serwować cały ten szajs. Ale skoro Was tam ciągnie to znaczy, że mają jednak do zaoferowania coś, dla czego warto pocierpieć.

    Kończąc: myślę, że różniąc się w detalach mamy wszyscy to samo na myśli. Ucywilizować tą wolnoamerykankę i słuchać odbiorców, bo inaczej wkrótce może być za późno.

  • @gołąb: odniosę się tutaj do tego fragmentu wypowiedzi (pewnie jeszcze nie raz będę musiał do tłumaczyć… sam też eksperymentuje)

    Od pewnego czasu obecne są tu reklamy i sponsorzy ale równolegle pojawiły się też relacje z konferencji, reportaże z planów filmowych, castingów do reklam, wywiady i inne materiały video. Pewnie Maciek sam to zweryfikuje ale jakoś czuję, że te 2 fakty nie są od siebie niezależne… To, że tutaj reklama jest kontekstowa, w miarę nienachalna i summa summarum właściwie stosowana to osobna sprawa.

    Faktycznie, te 2 fakty nie są niezależne, ale nigdy nie negocjuje ani nie ustalam z reklamodawcami, czy organizatorami konferencji tego że będą o tym wpisy. Jeśli uważam, że warto wspomnieć o jakiejś konferencji, to jest to moja decyzja. Z nagraniami video jest jeszcze śmieszniej… bo to ja zazwyczaj proszę o zgodę na nagranie, taszczę kamerę i kręcę i potem obrabiam. Niektórzy organizatorzy widzą w tym coś dla siebie, niektórzy nie… łatwiej przypomnieć mi sobie sytuację że byłem zaproszony na konferencje, a nie umieściłem relacji video (z różnych powodów).

    Z reklamodawcami tez jest dylemat… i to wezmę pierwszy z brzegu. OS3 wykupiło u mnie banner, jednocześnie w tym samym dniu ruszyła nowa strona agencji z głosem Czubówny – akurat temat na bloga. Ale żeby nie wprowadzać niezdrowej atmosfery, odpuściłem sobie taki wpis (podkreślam, reklamodawca w żaden sposób nie naciskał ani nie sugerował)… podobnie zrobił Grzegorz Marczak (www.antyweb.pl).

    Z drugiej strony, kiedy pojawia się reklamodawca, mam łatwiejszy kontakt z firmą (dlatego wole bezpośrednie kontakty niż przez sieć reklamową) i trochę łatwiej dotrzeć mi do niektórych tematów i liczyć na pozytywne rozpatrzenie prośby o jakieś materiały od blogera. A dobry kontakt firmy z blogerem który pisze i ich działalności to dla mnie dobre rozwiązanie… nie mam też złudzeń, jeśli zacznę komuś „przysładzać” czytelnicy szybko sprowadzą to na ziemię… zresztą i tak wiele razy okazywał się, że o sprawie którą opisuje i tak wiedzą więcej i lepiej ode mnie (i to akurat ogromny plus blogów)

    Na marginesie… do was też chętnie bym przyjechał w wolnej chwili z kamerą… zobaczył jak pracujecie i kręcicie (bo teraz to właściwie się kręci) swoje strony www. I fakt, że nigdy nie kupiliście u mnie żadnej reklamy albo kupicie ich na rok do przodu nie ma tu żadnego znaczenia. Zresztą znam też trochę (przynajmniej niewielką część) czytelników… sami potrafią ocenić moją robotę.

  • Maciek, źle mnie zrozumiałeś. Ja w ogóle się nie zastanawiałem nad tematem tych relacji, bardziej chodzi mi o to, że dzięki reklamodawcom i sponsorom masz więcej czasu dla bloga, więcej możliwości tworzenia materiałów, których przygotowanie jest angażujące i czasochłonne. Na przykładzie Twojej publikacji widać, że zależność której czepiał się orb po prostu działa.

  • @gołąb: przepraszam, faktycznie źle zrozumiałem. Oczywiście reklamy na blogu mają wpływ na jakość kontentu, jest tutaj zależność, bardzo prosta. Jako freelancer (to akurat też dobry zawód żeby prowadzić bloga 🙂 dzień obecności na jakiejś konferencji to dla mnie strata (zresztą i tak zostali ze mną tylko ci najbardziej wyrozumiali klienci).

    Jeśli nagrywam video, potem obrabiam (nawet tylko podstawowy montaż) to zabiera to sporo czasu. Gdyby nie było reklam pewnie też bym to robił, ale w znacznie mniejszym zakresie. Zresztą widzę bóle innych blogerów, którzy pracują na etacie i kombinują jak tutaj pojawić się na jakimś wydarzeniu o godz. 12 🙂

  • orb

    hoho 🙂
    No dobra, po kolei:


    Problem zaśmiecania przestrzeni publicznej obślizgłym i w 90% totalnie a-kreatywnym outdoorem jest wbrew pozorom bardzo bliski zaśmiecaniu webu horrendalnymi ilościami równie bezsensownych reklam (celowo nie używam słowa „kreacjami”, bo byłoby to nadużycie;) ). Przestrzeń miejską traktuję tak samo, jak przestrzeń world wild web – są to płaszczyzny, w których żyje, pracuję, bawię się i rozwijam. Nachalne komunikaty płynące do mnie z każdej strony ignoruje dopóki mogę, później zaczynam ich unikać – czasami przechodzę też do fazy obrony poprzez atak – vide http://miastomojeawnim.pl/. Zauważ, że z roku na rok (a może nawet z miesiąca na miesiąc) granice między naszą obecnością tu i tam, zacierają się coraz bardziej. I będzie tylko coraz szybciej 🙂 Więc i porównań nie ma co unikać.


    Dawno, dawno temu, za siedmiomia DNSami i za siedmioma rewolucjami „pierdylion.zero”, żył sobie dynamicznie rozrastający się Internet. Rozwijał się, dawał dostęp do nieosiągalnych gdzie indziej, i tak szybko treści. Pamiętam doskonale tamten web i uważam, że ogólny poziom kontentu z tamtych czasów przewyższał ten obecny – oczywiście biorąc poprawkę na brak niektórych technologicznych rozwiązań wynikających głównie z przepustowości łączy.

    Uprzedzając ripostę: „no ale w takim razie kontent był uboższy, bo nie było streamingu wideo, etc”, posłużę się porównaniem z ulegającą podobnej trywializacji branżą gier komputerowych. Kiedyś mimo grafiki VGA i muzyki z Adliba, gry posiadały treść i niesamowity potencjał ludyczny – obecnie zastąpione kolejnymi gigabajtami renderów. Ja osobiście wybieram kontent merytoryczny, a nie obrazkowy.

    Tamten Internet rozwijał się dynamicznie, jak jasny gwint, a nie był nawet w połowie tak zajechany reklamą. Oczywiście – był mniej atrakcyjny dla reklamodawców. Ale kontent był wysokiej klasy i nawet nie posiadając takiego wypasu jak google, mogłem dotrzeć do interesujących mnie treści nie przebijając się przez szlam serwisów robionych, li tylko pod reklamę.

    Pytanie do startup’owców -> chcecie zrobić coś zajebistego i zarobić, czy po prostu zarobić? 😉

    Zauważ, że dla wielu doświadczonych userów (w tym w dużej mierze dla tych, którzy tworzą ten nasz Internet wklepując tysiące linijek kodu) mniej lub bardziej bliskie są poniższe stwierdzenia:

    „Po to korzystam z Internetu, żeby ominąć ścięte drzewa zadrukowane reklamami prasowymi i przy okazji, czasami, dobrą publicystyką.” / „Na kiego … mi prasa, skoro znajdę to szybciej w necie.”

    „Po to korzystam z Internetu, żeby dotrzeć do interesujących mnie treści bez konieczności poświęcania pikseli mojego monitora na kolejny expand-huey-wie-co i żeby nie marnować mojego łącza netowego na przesył x bajtów z adserwera, które mają dla mnie zerowe znaczenie.” / „Mam w dupie bannery.”

    —-

    Temat zaczął się od AdBlocka i od korelacji między ilością reklam, a jakością kontentu na danym serwisie, więc już szybciutko do niego wracam:

    1. Nie widzę możliwości żebym zmienił zdanie dot AdBlocka, tudzież NoScripta. Zgrabnie ujął to Maciek: „W telewizorze mam pilota, w internecie AdBlocka.” Jak dla mnie cbdo.

    A propos Twojego akceptowania warunków, które „dyktuje” wydawca: jak oglądasz telewizję, to w trakcie commercial break siedzisz dalej przed ekranem i pokornie wciągasz nosem cały blok w ramach godzenia się na zapłatę za kontent, który właśnie obejrzałeś? 😉 Ja raczej idę do kibla, albo na papierosa – o ile już mi się zdarzy zasiąść przed TV. 🙂

    2. Korelacja: jeśli wzrost ilości reklam jest potrzebny do wzrostu jakości kontentu, to jakimże cudem powstał taki okropny stwór, co się zowie blogosfera? 😉 Jak już jechaliśmy po Maćkowym blogu, to zapytam wprost: Czy jakość kontentu z czasów przed-agito była rzeczywiście tak bardzo różna od tego obecnie? Of kross – jest kasa, jest satysfakcja w kieszeni, więcej czasu i możliwości, ale czy bez tego nie można tworzyć dobrej treści? To w takim razie dobre 90% poważnej blogosfery (czyli może 9% całej 😛 ) nie jest w stanie podnosić jakości swojego kontentu? Bo tam nie ma jeszcze reklam?

    Druga, równie bardzo ważna rzecz imho: wzrost DOCHODÓW z serwisu nie jest przecież, tożsamy ze wzrostem ILOŚCI reklam na tymże. Na moim blogasku mogę 80% ekranu zapierniczyć expandami i przy dobrym wietrze, dostanę za to 5% tej kasy, jaka wpłynie na konto Maćka albo Antyweba za jeden tyciuni bannerek.

    Myślenie ilościowe zamiast jakościowego – to jest właśnie to, co mnie wpienia. Chyba tylko na równi z magicznym słowem „zasięg”. Bo dla mnie w komunikacji magiczne zaklęcia to „emocje” i „doświadczenie”.

    Gołąb, jeśli chodzi o przyszłość, to na pewno nie będzie ona wyglądała wg. wzoru – more billboards means more content. Idę o zakład 🙂

    Parę innych wątków poruszonych marginalnie w tej wymianie zdań (bloger to nie dziennikarz dla niektórych; dominacja deblinych mediaplanów; ochrona kontentu i piracenie go :D) to tematy na osobną gadkę – może jakoś niebawem przy browarze?

    Sorry Gołąb za moje podśmiechujki z tego Twojego piracenia, ale nie mogę się przestać uśmiechać, jak na ten tekst patrzę – dla mnie słowo „piractwo” w ogóle wymaga gruntownego przedefiniowania z wielu względów. Niektóre znajdziesz np. na http://bendyk.blog.polityka.pl/ czy http://kultura20.blog.polityka.pl/.

    Inne, to prostu anarchistyczne korzenie netu. Dawna giełda na Grzybowskiej i BBSy rulez! 😀 Nie mówiąc już o TBP 😛

  • orb: Ślicznie to wszystko rozpisałeś ale nadal nie do końca rozumiem. Ja też z łezką w oku wspominam „tamten” internet ale nie mam złudzeń dotyczących zawracania kijem Wisły. To medium rozwija się w kierunku masowości i komercjalizacji większości treści, więc trzeba się zastanowić jak ucywilizować ten rozwój, a nie wspominać „stare dobre czasy”.

    Zwiększenie ilości reklam to coś co dopisałeś już do moich wypowiedzi. Ja jestem za jej zmniejszeniem, unormowaniem, a przede wszystkim sprawieniem że będą istotne i wpisane w kontekst. Skoro wielkiemu G udało się zbudować na bazie nienachalnej i skutecznej reklamy kontekstowej stale rozrastające się imperium, to innym też się to może udać.

    Powrót do analogii pomiędzy przestrzenią publiczną a internetem nadal mnie przerasta. Za każdą maszynkę tworzącą sieć, za każdy kabelek, za każde połączenie i każdy kilobajt przesłanych treści ktoś płaci. To nie jest dobro naturalne, do którego mamy jakieś uniwersalne prawa. Fakt, że w czasach mniejszej masowości internetu wielu nadawców nie chciało czerpać dochodów ze swojej pracy jest miłym do wspominania precedensem. Jeżeli jednak internet ma stopniowo przejmować rolę prasy i telewizji to samymi blogami pisanymi po godzinach tego się nie uniesie.

    Ja też wysoko oceniam jakość „darmowego” blogowego contentu ale świadomy jestem treści, które potrzebują większych zasobów. Głupie prognozy pogody, które sprawdzam online, relacje sportowe, reportaże wojenne, śledztwa dziennikarskie, wszelkiego typu transmisje na żywo, testy sprzętu (jak na dpreview), itp. – tego typu rzeczy nie powstają po godzinach, hobbistycznie, a dla mnie są tak samo wartościowym elementem przekazu jak niekomercyjne blogi. Jak to wszystko sfinansować jeżeli nie przy pomocy reklamy?

    Emocje i doświadczenia to też ten typ reklamy, w który wierzę. Z drugiej strony na tyle twardo stąpam po ziemi, że nie mam złudzeń dotyczących tego, iż jeszcze długo większości reklamodawców będzie potrzebny do uzasadnienia swoich działań marketingowych zasięg, a większość mediów oferować będzie ilość wyświetleń jako swój główny atut. Zamiast dumać o rewolucji, która wszystko obróci o 180 stopni wolę się zastanawiać jak krok po kroku można zmieniać obecny stan rzeczy. Takim małym kroczkiem byłoby działanie na rzecz rezygnacji z inwazyjnych form reklamowych.

  • orb

    @Gołąb:
    Odniosę się szerzej za pare godzin – bo muszę właśnie powykłócać się w kwestiach zasięgu z coniektórymi 🙂

    A teraz na szybciocha: to nie chodzi o zawracanie kijem Wisły i dumanie o rewolucji – ewolucja jest obecnie wystarczająco szybka 🙂

    Poza tym, Cluetrain Manifesto nie powstało wczoraj, a jest i będzie coraz bardziej aktualne – ja idę tą drogą, nikomu oczywiście nie zabraniam iść inną. 🙂

  • Myślę, że zbyt czarno-biało to oceniasz, a przechodząc od szczegółów do Manifestu Cluetrain w ogóle zmieniasz temat dyskusji. Emocje, doświadczenia, Cluetrain, ludzkie podejście, konwersacja, a nie przekaz w jedną stronę, ewolucja mediów – wszystko pięknie, ślicznie i pod tym względem mamy z pewnością to samo podejście. Ale dyskusja dotyczy rzeczy dużo bardziej trywialnych – obecnego, dzisiejszego kształtu nie całej reklamy online, ale konkretnej jej działki czyli form banneropochodnych, ich miejsca, kształtu, przyszłości i ewolucji.

    Wierząc w nieuchronną ewolucję współczesnego marketingu musimy pamiętać o tym, że na bazie obecnego modelu emisji reklam powstała już nie lada machina, która będzie działała jeszcze bardzo długo, bo zbyt wiele jej „trybów” jest żywotnie zainteresowanych tym trwaniem. Chodzi tylko o to żeby zmniejszyć upierdliwość tego typu reklamy.

    Błagam oszczędź tych górnolotnych frazesów (w które zresztą sam wierzę, ale zbytnio odbiegają od tematu) i napisz jaki ty widzisz patent na dobry content bez reklamy A.D. 2008?

  • orb

    Nie wiem co tam wyżej jest takiego górnolotnego, dyskutując na pewnym poziomie staram się unikać uporszczeń i patrzeć na zjawiska w szerszej perspektywie.

    A już serio – napiszę za parę godzin, jak się uporam z górnolotnymi koncepcjami w ramach etatu 😉

  • Pablo

    ->Orb; ->Gołąb
    Panowie, wasza dyskusja zaczyna być okopywaniem się na swoich stanowiskach. Fakt, że kiedyś internet był medium pozbawionym reklam i fakt, że jakakolwiek forma reklamy była banowana w 100% przez jego użytkowników (czy ktoś dziś jeszcze pamięta, by karać spamerów, tak jak się karało kamperów ;-). Fakt, że internet jest taka samą przestrzenią wspólną, jak ulica przed oknem. Nawoływanie do nieotwierania komputera pachnie demagogią.
    Ale także faktem jest, że czasy się zmieniły i nie wrócimy do czasów Grzybowskiej. Reklama funkcjonuje także w internecie, także dlatego, że jest tam jej odbiorca. Pytaniem jest czy musimy się na to godzić w przestrzeni, która została stworzona właśnie do wymiany idei. Czy nie należy o tym właśnie dobitnie mówić, domagać się praw zawartych w podstawach tego medium, i nie udawać że nic z tym nie da się zrobić -czytaj: oddawać pola nowym neo-marketerom. Tak jak każdy odbiorca nie musi wchodzić na konkretne strony, tak i autor NIE MUSI być autorem w internecie i nie musi się godzić na zasady które w tej przestrzeni panują.
    Swoją drogą propozycje „unormowania” zasad funkcjonowania reklamy w sieci, pachną podobnie do prób unormowania outdooru w miastach. Dyktaturą. „I tak tu jesteśmy, ew. dla poprawy własnego samopoczucia/wizerunku, możemy zgodzić się na samoograniczenia”.
    Gołąb pisze, że za każdy kilobajt ktoś płaci i faktycznie, płacimy my, użytkownicy internetu w abonamencie. A trzymając się „oficjalnych” zasad wolnego rynku, to właściwie idąc tym tokiem myślenia, każdy użytkownik/reklamodawca powinien przekazywać „jednego centa” twórcom koncepcji www. A chyba tak się nie dzieje?

  • Faktycznie, przecież płacimy abonament! Czy to dziennikarzom, fotografom, bloggerom, portalom i innymi nie wystarczy? Nie możemy oddać pola „nowym neo-marketerom”!