30

Płacić blogerom za testy produktów czyli problem wiarygodności

Od momentu kiedy w polskiej blogosferze zaczęły pojawiać się pieniądze, media oraz firmy zaczęły dostrzegać potencjał blogów i powiązanych z nimi społeczności coraz powszechniejsze stało się zjawisko testów produktów i usług. Dodam, testów wykonywanych nie tylko przez profesjonalnych testerów i dziennikarzy ale również blogerów czy po prostu pasjonatów konkretnej branży. Przy tej okazji, od czasu do czasu pojawia się kwestia, czy płacić blogerom za takie testy…

Dlaczego, jako konsument, lubię czytać (a właściwie powinienem napisać „uczestniczyć”) w testach przeprowadzanych przez blogerów? Typowy test blogerski z jakim lubię mieć do czynienia jest rozłożony w czasie i wygląda mniej więcej tak:
– pierwszy wpis: bloger informuje, że otrzymał sprzęt do testów i przez najbliższy czas będzie testował – to jest czas i miejsca na pytania, „życzenia” czytelników i wskazówki na jakie cechy produktu bloger powinien zwrócić uwagę; co konkretnie przetestować;
– drugi wpis: opis i wrażenia z testów, jeśli testowany produkt lub usługa wymaga obszerniejszych testów to cały test może być podzielony na kilka części (kolejne wpisy = obecność marki na blogu);
– trzeci wpis: podsumowanie testu, ewentualnie informacja co dzieje się z produktem po testach. Ani bloger ani jego czytelnicy wcale się nie obrażą kiedy firma decyduje się przekazać testowany produkt na konkurs dla czytelników – wtedy otwierają się możliwości kolejnych wpisów (czyli znowu: obecności marki w treści bloga), bloger może zostać „dobrym wujkiem” rozdającym prezenty, czytelnicy mają szansę otrzymać testowany produkt.

Z mojego, konsumenckiego, punktu widzenia jest to bardzo wygodna sytuacja i ma tę przewagę nad skończonym i zamkniętym testem dziennikarza np. w magazynie branżowym, że zawsze mogę poprosić testującego blogera o sprawdzenie konkretnej, interesującej mnie cechy produktu. Na takie testy trafiam od czasu do czasu na blogu Tomka Topy (www.tomasztopa.pl).

Mamy tutaj więc jakaś konkretną pracę wykonana przez blogera, wartościową dla mnie – konsumenta i z pewnością cenną dla firmy której produkt jest testowany. Nic więc dziwnego, że od czasu do czasu pojawia się kwestia płacenia blogerowi za testy. Pojawia się w tej sytuacji sporo zagrożeń dotyczących wiarygodności takich „opłaconych” testów, oczywiście zaraz podnoszą się też głosy, że bloger nie powinien zarabiać – ba, gdzieś w sieci mignęły mi nawet jakieś manifesty o „czystości blogera i niezarabianiu przez niego” równie sensowne jak pomysł niepłacenia felietonistom aby byli jeszcze bardziej obiektywni :-).

Najczęstszym argumentem przeciwko płaceniu blogerom jest właśnie problem z wiarygodnością takiego testu oraz oddziaływaniem reguły wzajemności: „skoro zapłacili, to muszę napisać dobrze, a jak będę pisał źle to przestaną dawać produkty do testów i przestaną płacić”. I tutaj tak naprawdę wiele zależy od charakteru czy też dojrzałości blogera, co przy zalewie blogasków i poradników o zarabianiu na blogach wcale nie jest takim błahym problemem. Dzieciaki i ebiznesmeni z blogami obklejonymi reklamkami, linkami, programami partnerskimi i linkami do ebooków o zarabianiu milionów z pewnością marzą o takich testach i ciułaniu kolejnych groszy. Spotkałem się z jeszcze gorszą sytuacja, kiedy bloger po napisaniu pozytywnej recenzji o produkcie wysyła zapytanie do firmy z prośbą o kasę… ale to już skrajność.

Ok, to z drugiej strony – dlaczego płacić? Testy produktów, ich publikacje w mediach to nic innego jak efekt działań działów marketingu czy działu public relations, często część prowadzonej kampanii reklamowej, w której zaangażowana jest sporo osób i spore budżety. Kto w tym „łańcuchu pokarmowym” bierze pieniądze? Wszyscy oprócz blogera 🙂 bo „w pracy” jest przecież product manager lub rzecznik PR, swoja gażę kasuje agencja (reklamowa lub PR) obsługująca klienta, nawet kurier dostarczający produkt do testów zarabia swoja stawkę. Dlaczego więc wiedza i zaangażowanie blogera nie miałoby być nagradzane? Przy wspomnianej wcześniej dojrzałości blogera oraz uczciwych relacji bloger-czytelnicy, da się zachować wiarygodność i szczerość (obiektywizm wcale tu nie jest wymagany) takich testów. I okazuje się, że przy normalnych relacjach firma-bloger takie stanowisko da się bronić. Wiedza w firmach na temat blogerów to ciągle mity i niestety internetowe pamiętniczki, w najlepszym razie traktowanie blogera jako frajera co zrobi darmową promocją (lub skasuje 3 zł za 1000 odsłoń bannera, a stawka jest nienegocjowalna – taką otrzymałem ostatnio lukratywną propozycję).

Inna sprawa, że wykupienie reklamy na blogu i a zaangażowanie blogera w kampanie to dwie, jakże różne sprawy (z naciskiem na większą efektywność tej drugiej) – ale temat „display czy zaangażowanie” to sprawa na osobny wpis (mówiłem o tym ostatnio na Olcampie – Olsztyn, poruszę ten temat w Radomiu podczas RadomIt.pl)

Temat płacenia za testy pojawia się u blogera najczęściej po przeprowadzeniu kilku takich akcji, kiedy bloger orientuje się, że dobrze przeprowadzony test generuje ciekawą treść, ale wymaga odpowiedniej pracy czy np. sprzętu do nagrywania recenzji (kamera, mikrofon) i pojawia się poczucie wykorzystywania potencjału blogera przez firmy.

Konfrontowanie i porównywanie blogerów i dziennikarzy nigdy specjalnie mi się nie podobało bo to często dwa różne byty i łatwo tutaj o uproszczenia ale pozwolę sobie na potrzeby tego tekstu odnieść się do sytuacji w redakcjach i tej dziennikarskiej niezależności.

Pominę też fakt, że w wielu magazynach możemy znaleźć sekcję „gadżety” czy też „technologiczne nowinki” – często w takich sekcjach możemy znaleźć mały napis „promocja”, oznaczający, że za taki tekst poszła kasa firma-redakcja, ma on niewiele wspólnego z niezależną opinią, a najczęściej jest to copy+paste z materiałów prasowych.
Kolejnym faktem związanym z niezależnością dziennikarza to fakt, że jego niezależność kończy się tam, gdzie zaczyna się władza redaktora naczelnego – czyli w dowolnym momencie. Również istnienie ogromnej części magazynów zależy od efektywności działu sprzedaży reklam, a niestety, przy kiepskiej kondycji finansowej wielu tytułów zależność redakcja-dział reklamy jest coraz silniejsza. Co to oznacza w praktyce? Że wiele tekstów powstaje „pod” reklamodawców, a często w sąsiedztwie (lub w następnym numerze) jakichś testów możemy znaleźć płatne reklamy testowanych produktów – sami sprawdźcie. Festiwalem „niezależności” tekstów dziennikarskich są wszelkiego rodzaju specjalne dodatki i raporty tematyczne, których powstanie często uzależnione jest od reklamodawców i jest to czysta kalkulacja.

Skoro przy tak mocnych związkach treści reklamowych i materiałach dziennikarskich, tytuły są w stanie obronić niezależność swoich opinii, to uważam, że blogerzy również poradzą sobie z zachowaniem niezależności połączonej z zarabianiem pieniędzy. Prasa ma tę przewagę, że w dalszym ciągu to co wydrukowane jest uważane za ważniejsze i bardziej rzetelne niż to co w internecie. Prasa ma za sobą również markę tytułu, którego niezależność (lub „leżność”) to efekt kilkuletniej pracy i budowania marki. O ile z efektem siły papieru bloger raczej nie wygra (no chyba, że zacznie drukować swojego bloga) to wypracować markę rzetelnego eksperta, testera produktów może sobie równie dobrze wypracować jak każdy inny tytuł prasowy – wymaga do czasu, konsekwencji, szacunku dla siebie i czytelnika. Przy zachowaniu „mocnego kręgosłupa” blogera, poszanowania czytelników i nieuleganiu naciskom reklamodawców jest to bardzo prawdopodobne, a ma tę przewagę nad tekstami dziennikarskimi, że opinie są bardziej osobiste, testy nie są zamknięte (pisałem o tym kilka akapitów wyżej). Ponadto bloger do testów może wykorzystać cały potencjał dostępnych dla niego mediów społecznościowych – co wzmacnia siłę rażenia tekstów, recenzji (blog, mikroblog, facebook, youtube itp.)

Bezdyskusyjny natomiast jest fakt, że miejscem na blogu, które najbardziej trzeba „bronić” jest treść bloga. Sam nigdy nie umawiam się z reklamodawcami czy też firmami, z którymi współpracuję na ilość czy też treść wpisów (i wkurzają mnie rządania typu „jeden wpis dziennie” czy też „minimum 3 wpisy”). Innym blogerom też nie polecam podpisywania umów, których efektem może być telefon od reklamodawcy „na jak, miał być wpis a nie ma – kiedy będzie?” czy też obiecywanie konkretnej liczby wpisów – takie warunki często pojawiają się w umowach i propozycjach współpracy. Odrzucam je… ale na zdrowy rozum, przecież jasne jest, że skoro dostaję produkt do testów czy też na konkurs to jakoś muszę zakomunikować go czytelnikom, więc wpis jest niejako naturalnie gwarantowany (ale w dalszym ciągu zależny ode mnie), nie chcę po prostu przekraczać tej granicy, uzależniania się od reklamodawcy.

Jaki jest właściwie cel tego wpisu? Raczej wywołanie dyskusji, zwrócenie uwagi na problem oraz „uczulenie” firm na mogące pojawić się pytanie ze strony blogera „dzięki za produkt do testów, jaką ustalamy stawkę za udział w kampanii” – bo nie są moim zdaniem wcale takie nieuzasadnione. Sam od ponad roku prowadzę szkolenia dla firm i agencji dotyczących jasnych zasad współpracy z blogerem i widzę tego efekty – głupich pytań coraz mniej (albo do mnie po prostu nie docierają). Przede wszystkim jest coraz większe zainteresowanie współpracą, pojawiają się coraz większe budżety i coraz bardziej poważne propozycje (na swoim przypadku: Microsoft, Lexus, Agito, wkrótce dość interesująca kampania jednego z banków). Wielu z blogerów, który do tej pory zarabiali grosze na AdSense czy AdTaily zmierzy się pewnie po raz pierwszy z dylematem, – ile jestem w stanie zrobić za kwotę 4-5 tys. złotych, gdzie jest granica niezależności blogera?

Komfort prowadzenia bloga dla pasji, funu i rozwijania swoich zainteresowań, a nie dla trzepania kasy i wyciągania miesięcznego zarobku daje możliwość odrzucania niepoważnych czy ingerujących w niezależność autora propozycji – wiele takich odrzucałem. Zresztą na takich działaniach czytelnicy bardzo szybko się poznają, blogerzy podniecający się grosiwem od reklamodawców też są łatwi do zidentyfikowania, ta taktyka ma bardzo krótkie nogi..

Podejmując współpracę z firmą czy też decydując się na udział w akcji, testach mam z tyłu głowy taką zasadę (nie ma ona swojej nazwy, możecie wymyślić) 3xW czy też Win-Win-Win) aby zwycięzca był zawsze po trzech stronach i korzyści odnosili: czytelnik, bloger, reklamodawca (kolejność i priorytety dowolna).

Uprzedzając również niektóre komentarze (czy też nawiązując do dyskusji kuluarowych) wpis nie ma na celu utworzenie jakiegoś cennika, tabeli wynagrodzeń blogerów czy tez utworzenie stowarzyszenia zarabiających blogerów 🙂 to chyba byłby koniec blogosfery.

Piękno blogowania polega na tym, że każdy sam jest w stanie ustalić swoje zasady i konsekwentnie umotywowane, nawet kontrowersyjne jest w stanie je obronić. Warto pomyśleć o tym, kiedy dostaniecie kolejną (albo swoją pierwszą poważną) poważną propozycję udziału Waszego bloga w kampanii czy testach produktów. Warto traktować firmę lub agencję proponującą udział w takiej akcji jako równorzędnego, poważnego partnera w biznesowo-blogowych dyskusjach.

Co myślicie o takim podejściu do kwestii współpracy z firmami? I żeby nie być takim nadętym, możecie wrzucać w komentarzach najbardziej żałosne propozycje współpracy bloger-firma. Ta moja, cytowana wcześniej to faktycznie jest autentyczna sprzed paru dni – 3 zł za 1000 odsłon bannera. Pamiętam chyba jeszcze u Dominika Szarka powiła się kiedyś propozycja bannera – 4 zł za miesiąc 🙂

  • Uważam, że wszystko jest dla ludzi. Bloger, to taki sam człowiek, jak dziennikarz, pisarz czy specjalista zajmujący się ocenianiem, weryfikowaniem. Jeśli chce na tym zarabiać, jego naturalne prawo.
    Inna sprawa jak taki proces przebiega. Moim zdaniem powinien być jak najbardziej klarowny i jawny. Nie ma się czego bać… inaczej jak będzie krypta, wtedy istnieje ryzyko zajechania wizerunkowego.

    Osobiście wskazałbym, że chyba lepszym pomysłem są relacje z blogerami, na zasadzie np. sponsoringu lub reklamy wizreunkowej. Grunt znaleźć dobry kontekst i właściwie dopracować relacje. Sam jestem na najlepszej drodze do takiego modelu: http://www.gadzinowski.pl/gadzinowski-pl-sponsori
    poniekąd wzorce czerpię od Maćka czy też branży sportowej, gdzie "twarze" są związane z kilkoma sponsorami.

  • Dziwne propozycje?
    – 10 euro za news/pr notkę,
    – 5 pln za link miesiecznie do strony pewnego producenta elektroniki
    – test komputera za 3 mce oblepienia bloga reklama (sic)
    – barterowo pewnien produkt (spożywka) za wpis o konkursie i dzialaniach SM pewnego producenta.

    No maja pomysły ludziska i inwencje.

  • Luca

    Ja całkiem niedawno odpowiedziałam na ogłoszenie firmy szukającej kogoś, kto będzie pisał na firmowym blogu. Stawka za artykuł wynosiła "maksymalnie 25 zł, w tym połowa w kawie"…

    • bossska oferta, grzech nie skorzystać 😛

    • oferta dla kawoszy…masakra, dobra jakaś chociaż ta kawa? 🙂

      • Luca

        Jak się zapewne domyślasz, nie spróbowałam 😉

  • Wydaje mi się, że główną rolę odgrywa tu najzwyklejsza ludzka zawiść / zazdrość, wynikająca chociazby faktu posiadania różnych kontaktów z reklamodawcami i z możliwości przetestowania sprzętu, o których się nieraz marzy.

    Miałem okazję uczestniczyć w testach serwisu Muzodajnia na przełomie roku 2k9/2010, dzięki agencji 121PR (http://www.121pr.pl/). Otrzymałem tą możliwości dzięki flaktestom na Flaker.pl i tam głównie pisałem o wadach i zaletach tego serwisu, zaś główne podsumowanie napisałem u siebie na blogu. Niby darmowe testy, konto doładowane na conajmniej 3 miesiące a tak naprawdę nie wiem, czy w ogóle odniosły one jakiś sukces i agencja przekonała operatora do zmian, zawartych w licznych postulatach. Odniosłem wrażenie, ze głównie chodziło o reklamę produktu, a konkrety schowano pod dywan. Nie lubię strasznie tego, jak wysiłki sporej grupy (flaker & facebook) poszły na marne.

    Wracając do flakera, szczególnie specyficznego modelu testowania produktów, zapoczątkowanego przez Virena. Właściwie to Skarpetkowo zrobiło największą furorę wśród testów, wysyłając do sporej grupy swoje produkty, które nie są tanie. O efektach nie trzeba mówić – wystarczy spojrzeć w google :).

    Tomek Topa jest jednym z niewielu sprawdzonych blogerów, który w sposób ciekawy i wyczerpujący opisuje test danego produktu, zwracając szczególną uwagę na komentarze czytelników. Dzięki takiej relacji, informacje stają się bardzo konkretne a i taka kampania sukcesywnie zostaje zrealizowana.

    I naprawdę widać, ze ktoś jest pasjonatem i z pasją opisuje swoje doznania z konkretną rzeczą czy też wydarzenia i często robi to zupełnie za darmo. Osoby, które zajmują się zarabianiem na blogach, to niestety często znudzone i hermetyczne mózgi, działające wg. konkretnego schematu, odgórnie narzuconego.

  • Ja dostałem kiedyś propozycję umieszczenia dużego baneru w kursie HTML – za 40 złotych miesięcznie. Wytłumaczyłem, że to jednak ćwierć miliona odsłon, jakaś tam marka, a jak chcą, to zapraszam do AdTaily – 300 zł za miesiąc. Bardzo byli zdziwieni. Ja też.

  • Łukasz Klik

    Jest moda na reklamę na blogach – więc trzeba korzystać.
    Z drugiej strony – po to nabywa się kompetencji, albo staje się "znanym" – żeby później za nie brać poważne pieniądze.
    Wiarygodność wszelkiego typu testów weryfikowana jest przez czytelników. Jak ktoś pisze pod produkt to, prędzej czy później, zostają przy nim znajomi, albo Ci co chcą się dowiedzieć jak takie deale dostać 🙂

  • Ech – a ja raz z poważną agencją reklamową prowadziłem spory konkurs z wartościowymi nagrodami. Wymagało to włożenia wysiłku z mojej strony – przez jakiś czas nie miałem na inne rzeczy czasu. Skończyło się na tym, że konkurs przeprowadzili i nagroda została dostarczona do zwycięzcy.

    Miałem obiecany aparat jako wynagrodzenie o wartości ok. 1000 PLN. Niestety poinformowali mnie, że przekroczyli budżet na ten miesiąc i proponują wykupienie reklamy przy okazji akcji promocyjnego pewnego produktu (dobrze znany profi software) na kwotę 1,500 PLN. Akcja miała odbyć się za 1.5 miesiąca.

    Po tym otrzymałem jeszcze jednego maila z informacją, że akcja została opóźniona i od tamtej pory ignorowali maile.

    Najgorsze jest to, że wspomniany aparat chciałem przeznaczyć dla czytelników. Jak padła propozycja PLN to postanowiłem za tą kwotę kupić kilka wartościowych rzeczy i je rozdać czytelnikom …

  • ciekaw byłem, czy ktoś publicznie rzuci temat owych nienegocjowalnych 3 zł za 1k wyświetleń 😉

  • mediafun

    ee, przy okazji się załapali, akurat jak miałem wpis w brudnopisie to dostałem ofertę 🙂

  • Ja dzisiaj pierwszy raz zobaczyłem reklamę Microsoftu z Maćkiem i Mediafanem i się ucieszyłem. Bo dla mnie jako konsumenta (mimo, że jestem zupełnie poza targetem firmy Microsoft) jest to cenna informacja, że ktoś o tak obiektywnym/wartościowym poglądzie – coś poleca/zaleca. I mam nadzieję, że jest to także dla Maćka ta sytuacja 3xW :]

  • Bloger tez czlowiek i za wykonana prace pieniadze sie mu naleza bo czemu nie? Z pewnoscia warto informowac blogerow tak jak robi to Maciek na czym cala promocja polega, do czego jest zobowiazany etc.

    Ps. Bardzo interesujacy wpis

  • SloganSensei

    Wszystko da się pogodzić, wszystkie interesy, może negocjacje zajmą nieco więcej czasu, ale… Jeśli stronom zależy na wiarygodności, a tą w reklamie czasami wygrywa się więcej niż "podrasowaniem", to znajdą wspólny język. Wszak jak już pisano wyżej: firmy to ludzie, blogerzy to ludzie…

  • Wspaniały tekst, przewodnik dla początkujących i zaawansowanych.

  • Myślę, że łatwo ten dylemat sprowadzić do jednego pytania: komu zależy na przeprowadzeniu i opublikowaniu tego testu?

    Jeśli mnie (blogerowi) i to ja się zgłaszam do firmy po sprzęt do przetestowania, to raczej nie oczekuję za to wynagrodzenia.
    Jeśli firmie i to oni wysyłają mi propozycję udziału w kampanii, wtedy powinna się pojawić rozmowa o wynagrodzeniu.

    Tak to sobie przynajmniej, w pewnym uproszczeniu, wyobrażam.

  • Świetny tekst.

    Sam miałem dotychczasowo przyjemność testować dwa serwisy i jeden sprzęt. Szczęśliwie się zdarzyło, że nie miałem specjalnie wiele do krytykowania bo zwyczajnie dobre rzeczy dostałem do opisania, ale była to interesująca współpraca. Znaleźli mnie ludzie ewidentnie obeznani w tematyce, gdyż zaproponowali już w pierwszym mailu sensowne, przyjemne warunki. Nie było mowy o żadnym 'sugerowaniu" jak powinna wyglądać recenzja.

    Przy czym na propozycję prawdziwego sponsoringu lub reklamy jeszcze nie miałem przyjemności się podczas sprawdzania poczty natknąć 😉

  • Na sam początek mam tylko 1 pytanie: czy opinia kogoś, kto dostaje kasę za test produktu od jego producenta właśnie może być wiarygodna?

    • Z całą pewnością, bardziej, niż kogoś, kto ten produkt sprzedaje…

    • mediafun

      czy masz na myśli wiarygodność testu blogera, za którego przeprowadzenie płaci firma, czy tekst redakcyjny w magazynie, gdzie dwie strony dalej znajdziesz płatna reklamę tego samego producenta?

      • żaden "płatny test" wiarygodny nie jest – po prostu psychologia się kłania
        co do magazynów to widziałem wiele lat temu, jak były robione testy redakcyjny Chipa – społeczność czytelników nigdy nie dałaby sobie wmówić lipy
        a wszelkie próby manipulacji doprowadziły do popularności zjawiska "social shopping", czyli dawania wiary w opinie innych użytkowników
        moim zdaniem jedyna wiarygodna opcja w przypadku blogerów to zaproszenie do bezpłatnego testu produktu – jeśli jest on zbieżny z tematyką bloga, atrakcyjny to raczej da się znaleźć chętnych do współpracy

        • @Mirek, zgadzam się z Tobą całkowicie. Jakiś czas temu omawiany był temat wiarygodności blogerów, którzy coraz częściej (z czym się całkowicie zgadzam) porównywani są do dziennikarzy. Płatne testy, jeżeli nie na początku, to z pewnością z czasem będą wykluczać obiektywizm, bo jak napisać źle o produkcie skoro wzięło się za to pieniądze. Poza tym, jeśli firma zapłaci, a bloger będzie obiektywny i napisze nieprzychylną recenzję z testów, to więcej z jego usług nie skorzysta lub wypuści w branży komunikat – z usług tego blogera nie korzystajcie, bo bierze kasę, a pisze źle.
          Moim zdaniem, aby zachować tak cenną wiarygodność w blogosferze należy wyraźnie oddzielać treść redakcyjną od treści reklamowej.

  • @ Krzysztof:
    a dlaczego tak twierdzisz? skoro to właśnie ten, kto produkt sprzedaje zapłacił kasę za opinię blogera?
    może warto zapoznać się z terminem "product endorsement" http://www.wisegeek.com/what-is-a-product-endorse
    i dodam, że jest wiele sposobów by zaangażować blogerów i blogi w działania marketingowe marki – tylko musi to być oparte na dobrym kontekście i spójne z wartościami marki, np.: http://interaktywnie.com/kreacja/newsy-uzytkownik
    a płacenie blogerowi za testy uważam akurat za jedno z najgorszych rozwiązań

    • Miałem na myśli sprzedawcę w sklepie, choćby internetowym. Myślę, że bloger, który dostaje kasę za przeprowadzenie jednorazowego testu (niezależnie od jego efektu) jest bardziej wiarygodny od sprzedawcy, który zarabia na sprzedaży najróżniejszych produktów? Od przykładowego sprzedawcy w sklepie z telewizorami, który wcale niekoniecznie doradzi Ci zakup telewizora najlepszego dla Ciebie — może akurat doradzi Ci ten, który będzie najlepszy dla niego (bo najwięcej na nim zarobi?)?

      Myślę, że na polskim rynku nie ma się co bać ryzyka "napiszę tę recenzję pozytywną, bo mi więcej nie udostępnią nic do przetestowania". Póki co za mało firm udostępnia blogerom za mało sprzętu, więc każdą tego typu okazję się traktuje jako jednorazową i raczej nie oczekuje się kolejnych od tego samego producenta.

      • obawiam się, że "sponsorowany" de facto bloger nie jest wiarygodny (ale to moje osobiste zdanie)
        a naprawdę jest dużo innych sposobów by sensownie blogera zaangażować – niestety nie ma tutaj sztywnych wzorców, bo wiele zależy od samej marki, jej charakteru i wartości
        ciekawie wygląda to na przykładzie Kominek & Burger King http://wp.me/ps7bY-19d
        natomiast generalnie bardzo cieszy mnie panująca ostatnio "pogoda dla blogerów", czyli coraz częstsze i odważniejsze wykorzystanie blogosfery w działaniach marketingowych

  • A czy już w tej chwili nie jest tak, że bloger jest sponsorowany? Częsty model jest tak: producent daje produkt do testów, bloger testuje, potem produkt staje się nagrodą w konkursie. Gdyby bloger chciał zrobić taki konkurs sam – musiałby się wykosztować na nagrodę. Model zaproponowany przez Maćka zakłada tylko inną formę korzyści dla blogera (cash). Granicą tutaj jest uczciwość wobec czytelników, ale i długofalowa wizja rozwoju bloga. Jeśli do bloga przylgnie opinia niewiarygodnego źródła informacji internauci przestaną go czytać. Statystyki spadną. Ergo – przestaną się nim interesować reklamodawcy.

  • "taką otrzymałem ostatnio lukratywną propozycję" – chyba większość osób, które jeszcze mają konta w tej sieci. Również dostałem, jak wielu znajomych.

    Co do samej kasy dla blogerów. Wszystko zależy od dojrzałości blogosfery, polska jest młoda przez to utożsamiana z małolatami, blogami na Onecie itp. Uważam, że jeszcze rok, dwa i będzie zupełnie inaczej.
    Jak sam zauważasz już teraz jest zupełnie inaczej. Tyle czasu się starałeś o Mediacar, a tu bach w 2010 roku. Podobnie wyjazd innego bloggera do USA, czy wielkie kampanie reklamowe.

  • Ja mam dwie opcje testów na blogu: jednorazowy test bezpłatnie. Drugą opcją jest poszerzenie akcji w formie zaangażowania w kampanię produktu. Wtedy stawki ustalane są indywidualnie, bo widełki są szerokie: 400-2000zł.