11

Pan redaktor się oburzył…

Dopiero dzisiaj trafiłem na czerwcowy Marketing & More, a lada moment pojawi się kolejny. Podobno wstępniaków nikt nie czyta, a redaktorzy naczelni zwykle na ostatnią chwilę silą się z wstępniakami i jest to materiał, który do redakcji spływa zawsze jako ostatni. Ja zazwyczaj czytam wstępniaki, a czerwcowy wywód naczelnego Tomasza Kamyka skłonił mnie do kilku refleksji.
Kamyk pisze:

Smutna refleksja…
Czy branżowa prasa marketingowa jest przez niektórych traktowana jak prywatny folwark? Czy są pisma, które przyzwalają na ingerencję w zawartość gazety tylko dlatego, że ktoś umieszcza w niej reklamę? Takie pytanie zrodziło się w mojej głowie podczas wizyty w jednej z agencji reklamowych. Poszedłem na umówione spotkanie, aby porozmawiać o możliwościach merytorycznej współpracy. Pomijam fakt, że panowie z agencji nie przygotowali się – nie bardzo wiedzieli, z kim się spotykają. Wybaczam, że bez słowa wstępu przeszli z grzecznościowej formy „pan” na mniej krepująca – „ty”. Taki urok ponadprzeciętnie kreatywnych.

Gorsze jest to, że próbowali dyktować, jakiego typu materiał i na ile stron powinien znaleźć się w „Marketing & More”. Wyjaśniali to swoim „wyczuciem newsa”. A kiedy okazało się, że wywiadu nie będzie, zawadiacko wylansowany reklamiarz bez ogródek spytał, czy chodzi o współpracę reklamową…
Czy takie standardy obowiązują w marketingowej prasie?

[ciach…]

„A co się dziwisz?” spytam się niczym Eugenia z Jasminum.
Branża przyzwyczajona to i proponuje takie rzeczy jako normalka, bo tak została wychowana. Kilka lat temu, w czasach kryzysu i zapaści branży, kiedy magazyny branżowe ledwo się kręciły, były przecież gorsze rzeczy. I wiele z nich zostało… Chociaż M&More jako najmłodszy na rynku ma najmniej na sumieniu.

Potem blogerzy, którzy chcą zarabiać na reklamach w Yellowgreen dziwią się kiedy słyszą, że 70% rabaty w cenie reklam to normalka. Albo trwają dyskusje czy kodeks blogerów to potrzebna rzecz czy nie… a PR-owcy sami przyznają się do stosowania nieuczciwych praktyk.

Prasa branżowa sama sobie pewne zachowania wyhodowała, to teraz ma…

Nie wiem co to za agencja próbowała tak wpływać na treść magazynu, nawet pomyślałem że mógłbym zrobić jakiś konkurs wśród czytelników, ale w liście do zaznaczenia pewnie musiałbym zmieścić większość naszego rynku… a może się mylę? Można zgadywać w komentarzach 🙂
Dla ułatwienia, wizyta naczelnego zbiegła się w czasie z ważnym (z punktu widzenia tej agencji) wydarzeniem.

  • Marketing&more nie ma NIC na sumieniu a nie najmniej! – to mówię ja PR Maneger!

  • o i monitoring czuwa 🙂

  • mich

    Sam wpis z czapy albo z palucha wyssany. Rozumiem, że sezon ogórkowy, ale po ambitnym panu blogerze wiecej bym sie psodziewał. No i zadbał o polszczyznę!

  • wow

    Sam, micha, zadbaj o polszczyznę, a nie czepiaj się blogera. Zwłaszcza że pisze właśnie o sprawie szalenie ważnej, o której przyzwyczailiśmy się wstydliwie milczeć. A może i ty masz coś na sumieniu, micha??? Można by się „psodziewwać” (ha!)

  • Pablo

    Maćku, jak widać nożyce się odezwały 🙂 – od razu „black PR” działa, że polszczyzny nie znasz hi, hi.

  • pats

    Dorzucę swoje trzy grosze …

    Najpierw trochę wstępu, robiłem swego czasu dla największej outdoorowej agencji w Polsce (dla wtajemniczonych – pierwszy peżot na przeciwko rotundy ;)) i to bezpośrednio, wprost dla samego prezia (właściwie obu). Byłem przy nich i w czasie kiedy byli „na górce” i w czasach kiedy z podłóg „komornicy” zrywali wykładzinę. W między czasie robiłem trochę dla innych agencji, od sieciówek, po lokalne, od dużych akcji, po jednorazowy audyt prac. Patrzę na to też z drugiej strony tj. z punktu widzenia kupujących i osób opracowujących procedury zakupowe.

    Obraz jaki się pojawia jest nieciekawy. Otóż, w żadnej innej branży z którą się dotychczas spotkałem (być może jeszcze jestem za młody ;)) nie widziałem tyle arogancji, pychy i pewności siebie i co najlepsze – od szefostwa po szerogowych pracowników. Wszędzie, ale to absolutnie wszędzie – absolutne przekonanie o własnej racji na zasadzie: „chłopie w końcu to my robiliśmy dla X Y Z”. Za każdym razem słyszałem argument: „zrobiliśmy to i to więc to my mamy rację”. Innych przypadków nie wspominam.

    Najdotkliwiej odczułem to jednak w trakcie jednego z ostatnich spotkań w branży interactive – przez grzeczność pominę nazwiska. Wspólna rozmowa, z jasno określonym celem: „opracować XYZ”. Oczywiście najwięcej do powiedzenia ma Pan X i Pan Z. Najbardziej mnie jednak rozbawiło: „a kim ty wogóle jesteś?” Oczywiście darowałem sobie resztę spotkania.

    Ale, ale 😉 Jednak aby nie generalizować, Maćku, ty i pare innych osób merytorycznie, z zamiłowaniem podchodzący do tematu i z sporą pokorą dają światło w tunelu – wiem, że cukier płynie 😛 tak wiem buziaczki :* :* heheh, ale poważnie rzecz ujmując – kiedyś od paru osób z dużym bagażem doświadczeń w zarządzaniu usłyszałem określenie: „każda branża jest jak człowiek – musi dorosnąć”. Wydaje mi się, że właśnie mamy ten etap dorastania.

    Na koniec, dodam od siebie – ja sam popełniłem mnóstwo błędów, od Klientów których czasem traktowałem gorzej niż śmieci (część sobie zasłużyła ;)) po „lans” w towarzystwie 🙂 Liczę jednak na to, że branża powoli zacznie dorastać i ja razem z nią 🙂

    pzdr, patS

  • mogę ci tylko obiecać Michu że będzie więcej wpisów z czapy…
    sezon ogórkowy? Jasne, w wakacje jeśli chodzi o reklamę i marketing to faktycznie, taka posucha, że aż chce się wyjść z kina…

  • Baronie, że też jeszcze nie pogoniłeś tego ekskluzywnego towarzystwa, co sobie interpunkcję i czeskie błędy na salunach (od razu bez niedomówień: pisownia zamierzona) wytyka, jakby krótkie porcięta nosili LOL… Była taka piosnka sroga „Ada to nie wypada”… była, bo przecież jak panowie nie słyszeli to znaczy, że nie istniała… hm, to chyba dobry komentarz do komentarza MF :)…

    P.S. Pytałem Cie na privie ostatnio o muzykę z reklamy – odpowiesz mi?

  • „o i monitoring czuwa :-)”

    I bardzo dobrze 😀

  • Smiech_na_sali

    Marketing & more nie ma nic na sumieniu, hahahahahaaaaa, dobre sobie! Tomek udaje oburzonego, ale nie przeszkadza mu to planować numeru pod dyktando działu reklamy ( w porozumieniu z reklamodawcami). Przecież to pismo wg szefa wydawnictwa jest tylko po to, żeby przynosiło kasę, więc nie ma nic zlego w tym, ze rednacz pojawia sie na spotkaniach z reklamodawcami. W koncu moze sie wiecej o rynku dowiedziec, nie? 😉 HIPOKRYZJA, ot co!

  • Też mi sobie!