49

Natychmiast usunąć! Tym razem z grubej rury

Jakiś chyba sezon jest na wezwania to usunięcia niewygodnych treści. Niestety z pozycji pojedynczego blogera trudno się cieszyć z takiej korespondencji i stawać do walki z kancelarią prawną. Zupełnie inaczej ma się sprawa gdy jest się dziennikarzem dużej redakcji z własnym działem prawnym do takich działań (tam ilość pozwów to prawie jak nacięcia na kolbie żołnierza). Tutaj niestety, zważywszy na moją wiedzę prawniczą, dobre rady w komentarzach na niewiele się zdadzą, a na samotną walkę nie mam ani siły, ani pieniędzy. Chociaż czuję gorycz porażki i poddana się bez walki. A trzymanie się kurczowo fotela i krzyki „Ratunku, biją mnie Niemcy”… sami wiecie 🙂

Opowiadanie o Karłardzie nie spodobało się redakcji w Harvard Business Review…, oczywiście nie zamierzam usuwać całego wpisu, jak to jest napisane w wezwaniu… usunąłem newralgiczny fragment. Chociaż wątpliwości pozostają, nie potrafię ocenić w jakim stopniu tekst jest obraźliwy, a w jakim prześmiewczy i gdzie jest granica satyry, a gdzie szkodzenia w biznesie. A gdyby to było opowiadania o dwóch wesołych grzybkach na leśnej polanie?

Oto pismo, które dzisiaj dostałem, dotyczy tego wpisu (opowiadanie), autor, czyli Koszalek Opalek archiwista musi poszukać inne formy i innego miejsca.

  • Pingback: O Karłardzie opowieść z morałem : Blog.Mediafun.pl()

  • Nie rozumiem sensu dopisania do takiego pisma informacji, że „mocodawca skorzysta z innych środków prawnych”. Że niby pomoże to Ci podjąć decyzję, czy co?

  • kuba

    koniec wolnego internetu? jeśli w ogóle kiedykolwiek był wolny…

  • No nieźle, musi chyba być sporo prawdy w tym opowiadaniu, skoro aż tak się nim przejęli ;-)) A wydawałoby się, że HBR to taka światowa marka, a tu zupełnie polski zaścianek i słoma z butów wychodzi…

  • Edu

    Ale zaraz….czy to opowiadanie bylo fikcyjne? Czy postaci tam wystepujace byly fikcyjne? Czyli zbieznosc sytuacji z rzeczywista przypadkowa?

    Gdzie moge znalezc to opowiadanie? Nie zdazylam przeczytac.

  • Maciek, wtf? Ulegasz cenzurze i jakimś naciskom zakompleksionych kolesi? Ktoś przeczytał o sobie prawdę? Prawda boli. Ujebałeś im farbą cały weekend.

    • @RAFi: to prawda, przyznaję, po krótkiej konsultacji spękałem…

  • Powiem jedno: Google Cache rządzi 😉 Zabieram się za czytanie, też wcześniej nie miałem okazji zapoznać się z tym opowiadaniem.

  • Hmm, w sumie pominąłem ten wpis, bo był zbyt długi, a nie mam ostatnio czasu na czytanie. Ale widzę, że to jakaś ciekawa sprawa, więc teraz, korzystając z Google Cache pójdę śladem Tomasza Topy i nie omieszkam zapoznać się z tekstem. 🙂

  • Wojciech Kozak

    Wątpliwa kwestia. Przecież powstaje mnóstwo książek, opowiadań i innych publikacji, które są łudząco podobne do rzeczywistości i nikt z tego powodu (chyba) nie przegrywa spraw w sądzie?

    Nie rozumiem też polityki żądania usunięcia „opowiadania” skoro wiadomo, że ono dopiero teraz stanie się popularne i dopiero teraz zostanie dostrzeżone przez całą rzeszę internautów (patrz przykład TVN i Durczoka).

  • O kurczę, ja też olałam tamto opowiadanie, bo jakieś przydługawe i bezpointawe się wydawało, ale jak każą ciąć, to i ja z gógiel-cache’a skorzystałam. I wciąż uważam, że przydługawe i bezpointawei w sumie to nie rozumiem, o co tym gościom z Karłarda chodzi. Ale dzięki interwencji kancelarii prawniczej na pewno więcej osób przeczytało tekst. Niech żyje przemyślany pi-ar w blogosferze;>

  • d.

    Tez przeczytalem wlasnie teraz, bo wczesniej mi sie nie chcialo. Przesmiewcze – ale tak sie dziala pewnie w kazdej biznesowo-marketigowo-pobocznej gazecie w tym kraju… Tak sie za prawde obrazac? W kryzysie? 😉

  • Maćku, kto jest autorem tego opowiadania?

  • @Maciej: o ile pamiętam to Koszałek Opałek

  • życzliwy

    oo… zobaczcie – ktoś przekleił…

  • z tego co można wyczytać na goldenline to rozpowszechnia ich były pracownik z którym mają sprawę w sądzie, panowie sobie na odcisk nadepneli i tak sobie dogryzają… troche to dziecinne ale samo „opowiadanie” jednak jest trochę niesmaczne, ktoś tam mógł poczuć się urażony
    wydaje mi się, że jednak materiały od „anonimowych dawców” trzeba zawsze traktować z lekką nieufnością i powinny być wnikliwiej sprawdzane – dziennikarski? blogerski? fach tego wymaga – bo można (mimowolnie) wplątać się w jakieś krzaczory

  • Zobaczcie, ktoś zrobił kopię:

    Oh noez!

  • Yep, cache rządzi:

  • Te „ktosie” od kopii są fajne.
    Ale ja i tak uważam, że czytnik RSS jest wygodniejszy. Wszystko w nim zostaję. Tak samo jak większość osób w komentarzach przyznało się do nieczytania, tamtego wpisu, ja także się przyznaję 🙂
    No ale dzięki RSS mam oryginał 🙂

  • mn

    gdyby nie to pismo, nie przeczytałbym tamtego wpisu, wcześniej mi się nie chciało, a tak, no cóż, ciekawa historia prosto z życia.

  • Skoro czujesz gorycz porażki i poddania się bez walki, to może się nie poddawaj? Powalcz faktami, a wygrasz.

    Słusznie usunąłeś tamten wpis i nie słuchaj pajaców, którzy nie zgadzają się z tym. Powinieneś także usunąć wszystkie komentarze, w których są linki oraz jakiekolwiek wskazówki prowadzące do kopii opowiadania. To właściwie Twój obowiązek.

    Ani polskie, ani chyba żadne prawo nie wyznacza granicy satyry, jednakże sądy wydając wyroki w takich sprawach kierują się zarówno intencjami autora jak i profilem np. gazety.
    Jeśli powyższe opowiadanie znalazłoby się z czasopiśmie satyrycznym, mogliby ci naskoczyć. Jeśli w Wyborczej, przegrałbyś. Jest na Twoim blogu, który z coś tam może ma wspólnego z satyrą, ale raczej niewiele.
    To opowiadanie pełne jest faktów znanych wewnątrz firmy, a ty nie dopełniłeś obowiązku potwierdzenia ich u źródeł. Krótko mówiąc – brak rzetelności.
    Sprawę w sądzie mógłbyś przegrać, choć w takich przypadkach dużo zależy od widzimisię sądu. Nie warto ryzykować, ale tylko ze względu na koszta.

    Ale możesz wygrać innym sposobem.
    To co dostałeś jest typową „wrzutką”. Dziennikarze dostają je na co dzień. Zaletą „wrzutek” jest to, że często mówią o faktach, wadą zaś – faktach nieudokumentowanych.
    Tak jest i w tym przypadku.

    Jeśli chcesz wygrać, skontaktuj się z kolesiem, który napisał opowiadanie i niech ci na piśmie potwierdzi, że wszystko, co pisał o firmie jest prawdą. Ani Tobie, ani jemu nic za to nie grozi, ponieważ Twoim obowiązkiem będzie pilnować jego anonimowości i nawet sąd (mimo iż ma takie prawo) nie zmusi Cię do ujawnienia źródła informacji.

    Bez względu na to, czy uda Ci się dotrzeć do kolesia, napisz do rzecznika prasowego firmy bądź osoby odpowiadającej tam za kontakty z mediami krótki liścik z pytaniami.
    Zapytaj o prawdę. Czy spada im prenumerata, czy faktycznie chcieli sprzedawać usługę, której nie mają, czy tracą klientów, itd… Pytaj o wszystko, co było w tym opowiadanku. Dosłownie zasyp ich pytaniami. Według przyjętych norm (które ich nie muszą dotyczyć) mają 2 tyg. czasu na odpowiedź.

    Nie martw się, że nie będą chcieli z Tobą gadać, zasłaniając się tajemnicami handlowymi.
    Będziesz mógł z czystym sumieniem napisać wtedy, że na pytanie, czy spada im prenumerata, „firma nie zechciała udzielić odpowiedzi… a jak wiem ze źródeł zbliżonych do firmy, z prenumeratą faktycznie nie jest najlepiej. Ponadto na wszystkie inne pytania także nie uzyskałem odpowiedzi”.
    Okłamywać Cię nie powinni, bo wiązałoby to się z dużym ryzykiem. Informacja raz podana, nie ginie i prędzej czy później ktoś by im to wygarnął.

    Nikt nie może zabronić Ci pisania o faktach, zwłaszcza, jeśli dopełnisz swoich obowiązków i prawdy poszukasz u samego źródła, czyli w firmie.
    Nie powstanie z tego żaden odkrywczy tekst, śmiem przypuszczać, że w większości potwierdzi to, co wiemy z opowiadania, ale ty wtedy wyjdziesz z tego wszystkiego z twarzą, a firma będzie mogła ci naskoczyć.
    Żadna poważna redakcja w kraju nie odpuściłaby im. Tu chodzi także o Twoją wiarygodność. Pokaż im, że blogerzy to nie banda dzieciaków, których może wystraszyć prawniczy bełkot i potrafią walczyć jak rasowi dziennikarze 🙂

  • Jeśli powyższe opowiadanie znalazłoby się z czasopiśmie satyrycznym, mogliby ci naskoczyć. Jeśli w Wyborczej, przegrałbyś.

    Jeśli chcesz wygrać, skontaktuj się z kolesiem, który napisał opowiadanie i niech ci na piśmie potwierdzi, że wszystko, co pisał o firmie jest prawdą. Ani Tobie, ani jemu nic za to nie grozi, ponieważ Twoim obowiązkiem będzie pilnować jego anonimowości i nawet sąd (mimo iż ma takie prawo) nie zmusi Cię do ujawnienia źródła informacji.

    Co za pierdy. Ciągle ciskasz hasłami „prawda”, „fakty”, a to właśnie ci, którzy nadużywają takich haseł najmniej mają z nimi wspólnego. Może wróć Ty lepiej do swoich pornosów, kurw i bycia kontrowersyjnie-chamsko-nijakim.

  • Dominik Strzałkowski – obstawiam, że to ten w mundurze. To by się nawet zgadzało.

  • Przeczytałem. To opowiadanie, fikcja. Nie wiem, po co w ogóle rozpatruje się jakiekolwiek powiązanie z rzeczywistością? W tym tekście nie ma absolutnie żadnego punktu zaczepienia dla kogoś zgłaszającego zastrzeżenia i wnoszącego pretensje prawne. Tekst może dotyczyć (ba, na pewno dotyczy) np. tysiąca jakichkolwiek przedsięwzięć komercyjnych. I co z tego.
    Prawnicy rzeczonej firmy nie mają najmniejszych podstaw do jakichkolwiek żądań wobec Ciebie, jako Autora (wydawcy) blogu. To znaczy podstawę w prawie zawsze się znajdzie, ale w tym wypadku jest nader naciągana, właściwie do granic absurdu.
    Ja bym się pismem pełnomocników nie przejmował, ale mój blog jest całkowicie niekomercyjny mimo, że publikują na nim profesjonaliści. Nie jestem firmą, a więc nie konkuruję.
    Serdecznie współczuję i nie mogę pogodzić się z tego typu próbami cenzurowania.
    Nie wiem jeszcze, ale może napiszę o tej próbie szantażu pod pozorami akcji prawnej (bo tak to wygląda). Zdaje się, że Mocodawca adwokatów nieźle przesadził, nie zdając sobie sprawy, że może narazić się na konsekwencje np. oskarżenia o pozaprawne wpływanie na opinię o nim (nadużywanie prawa), o działania przeciwko konstytucyjnej zasadzie wolności słowa (zwłaszcza w utworach literackich – to obłęd), o nadużywanie prawa w celu zastraszenia i ograniczenia działań zgodnych z prawem. Bezpodstawność oskarżenia o działania, które można nazwać nieuczciwą konkurencją wydaje mi się w tym przypadku oczywista. To raczej akcja prawników, przy dobrym uzasadnieniu, może się okazać działaniem przeciwko zdrowym zasadom wolnego rynku.
    Czyli, jak widać – drogi Autorze – wszystko może wyjść odwrotnie i wyglądać może tak, że to oni się niefrasobliwie podłożyli.
    Teraz już wiesz, dlaczego uwielbiam prawo. To piękna dziedzina, która nikogo nie pozostawia samotnym i bezbronnym.

  • kmh

    Z jednej strony uważam, że takie potulne chodzenie na rękę prawnikom i firmom sprawia, że internet wystawia swój tyłek, w który każda korporacja może go dowolnie rypać, a przecież nie po to on powstał.
    Z drugiej, zawsze piszesz o tego typu sprawach, więc i tak nie wychodzi to tym firmom na zdrowie. Tlą się w Tobie jeszcze resztki jasnej strony mocy 🙂

  • Ludzie się niczego nie nauczą. To kolejny, po Durczokgate, przykład, że PR trzeba umieć sobie robić. Zwłaszcza w internecie.
    A kto na tym wszystkim zarobi? Chyba tylko prawnik, który występuje w imieniu mocodawcy 🙂

  • Żeby do rozprawy z Koszałkiem Opałkiem prawnika wynajmować. No wiecie co! Co za czasy!!! 🙂

    A wystarczyłoby po prostu wynająć Kota w Butach 🙂

  • kmh

    „Kot w Butach – PR jak z bajki”.

  • Kamyk

    Maćku twój wpis o Karładzie przeszedł by w internecie bez echa, gdyż jest… troszkę za długi:)

    Sam go jeszcze nie przeczytałem, ale po tym wpisie na pewno wielu ludzi go przeczyta w tym i ja. Cała ta akcja prawników przyniesie skutek zupełnie odwrotny od zamierzonego, spopularyzuje jeszcze bardziej zakazaną opowieść o Karładzie.

  • Pablo

    A właśnie, a co z Cache Google o którym wspomniał Tomasz Topa? Kto jest odpowiedzialny za pojawiający się tam wpis, czy do Google też Pan Dominik Strzałkowski wysłał takie pisemko?
    Swoją drogą, czy „Pan Prawnik” zna Twój adres korespondencyjny czy tez wysłał ci ten list mailem – jeśli tak to mogłeś go zignorować. Po drugie poprosił bym go o wysłanie potwierdzonego notarialnie upoważnienia do występowania w imieniu Spółki 🙂 Wiadomo co to za przebieraniec może się podszywać pod prawnika? 😉
    A po trzecie: Czy nie jest aby tak, że jako autor bloga występujesz w pozycji dziennikarza, którego obowiązuje ale i broni prawo prasowe? Myślę, że racje ma Kominek w sprawach dopilnowania procedur sprawdzenia źródeł i dopilnowania własnego warsztatu. Choć jednocześnie zupełnie nie zgadzam się że powinieneś skulić ogon i nie iść do sądu. W imię zasad, jeśli czujesz się odpowiedzialny za swój wkład pracy w rozwój wolnych mediów to powinieneś. Może byłbyś kolejnym Milkiem ? 😉
    A po czwarte, to wszystko to co jest w środkowych akapitach listu to jedynie tezy Pana Strzałkowskiego. Niech poda argumenty je popierające, a nie zasłania się ogólnikami (że gdzieś tam usunięto) i wyrokami SN, które mogą się mieć nijak w tej sprawie.

  • .Xs

    Te wszystkie działania cenzurowania netu są jeszcze bardziej bezsensowne niż ostatnia akcja ambientowa F.E.A.R. 2 (ta z kotami) i po prostu szkodliwe wizerunkowo.

    Mam wrażenie, że w kwestii Internetu większości firm doradzają ludzie, którzy potrafią z niego korzystać, ale nie mają najmniejszego pojęcia o specyfice funkcjonujących w nim społeczności.

    I, Maćku – popieram, żebyś zadziałał tak, jak zasugerował Kominek.

  • kiepura

    sorki Maciek ale Kominek ma rację…

  • A ja zwrócę uwagę, że MM to był Manager Magazin, a nie Manager MagazinE! 😉

  • przyszedł kot w butach i pozamiatał adres – to fakt

    fakt drugi – nagle tyle osób zapragnęło przeczytać to opowiadanie (z którym nie mam nic wspólnego ani nie znam intencji i prywatnych wojen autora) że warto się zastanowić czy czasem działań kancelarii prawnych nie trzeba wrzucić do mediaplanu?

    fakt trzeci:
    @pablo: również z wezwaniem do usunięcia dostałem (mailem) pełnomocnictwo do reprezentowania spraw Harvard… przez wspomnianą kancelaria (nie wklejałem tego, uważałem to za zbędne)

    fakt czwarty:
    nie jest to koniec sprawy…wrócę do niej na blogu

  • Osobiście uważam, że pozostawienie artykułu, jak by nie był prześmiewczy, niewiele by zaszkodziło HBR Polska, a raczej mogłoby zainteresować większą gurpę konsumentów faktem, że magazyn w wersji polskiej w ogóle jest na rynku i może warto zamówić i porównać jego poziom z angielskim oryginałem.

  • Na miejscu rzecznika prasowego firmy i specjalisty od PR-u urwałbym adwokacinie jaja. Tak skopać wizerunek firmy może tylko niedouczony …

    Dobra, nieważne. A teraz taka ciekawostka z prawa prasowego, może Ci się przyda. Po przeanalizowaniu zapisów prawa prasowego można wyciągnąć wniosek, że każdy człowiek jest dziennikarzem, zatem możesz napisać do rzecznika prasowego firmy, dołączając informację, że jeśli nie odpowiedzą w terminie 14 dni (taki jest zapis) napiszesz artykuł w oparciu o materiały które masz. Po takiej akcji większość firm grzecznie odpisuje, ale oczywiście stara się zamącić rzeczywistość. 😉

  • avistak

    Ciiiiii! Podobno w domu Kamil nie przeklina 😉

  • Pablo

    @MediaFun
    Z tego co się orientuję, to takie pełnomocnictwo powinno być Ci dostarczone na piśmie, a więc np. drogą pocztową. Wersja elektroniczna nie wchodzi tu w grę, podobnie zresztą jak samo wezwanie. To prawnik powinien wiedzieć, jak nie wie to jest prawniczy głąb. Swoją drogą zwróć uwagę, że powinno być wystawione imiennie, a nie na kancelarię. Jeśli nie jest, to możesz domagać się upoważnienia ze strony kancelarii – imiennego 🙂
    @axel s.
    Nie jest tak różowo. Występujesz jako dziennikarz jeśli masz upoważnienie redakcji (lub w automatyczny sposób jeśli posiadasz legitymacje dziennikarską). Inna sprawa, że nie jest doprecyzowane Co jest tą redakcją. W tym wypadku myślę, że MediaFun mógłby sam siebie upoważnić, jako redaktor poczytnego periodyku 🙂

  • Aleksander Ślązak

    Masz racje nic tam nie było o co mógłbyś walczyć.
    Takie pisemka i to „straszenie” na koniec to standardzik. Są one wliczone w abonament, gdy podpisujesz umowę z kancelarią. Jak coś Ci się nie spodoba a za bardzo nie wiesz co z tym zrobic to każesz wysłać właśnie takiego gotowca.

  • Averam

    Cóż, muszę przyznać że podobnie jak Quad nie miałem czasu czytać „dużych” tekstów. Teraz zachęcony pismem i rekomendacją kancelarii na pewno przeczytam go cały z archiwum google. Tyle waszej walki o dobre imię klienta panowie prawnicy. Szkoda tylko, że musisz się łamać przed takimi tekstami. Wielka szkoda…

  • Edu

    No właśnie, liczą na to, że jak dostaniesz pismo z kancelarii, postraszą jakimś paragrafem (choćby był i z dupy strony), to się przestraszysz.

    A że kancelarie to w Polsce piąta władza jest, to nie słyszałeś? 🙂

    Chyba im zaproponuję obsługę PR…:)

  • marsjaninzmarsa

    a ja mógłbym prosić o opowiadanko na maila? Bo nie zdążyłem nawet do niego dotrzeć w rss, a chętnie bym przeczytał. 😉

    A – i nie daj się tym wykształciuchom z wielkiej korpo, walcz, walcz o wolne media! 😉

  • „a ja mógłbym prosić o opowiadanko na maila?”

    ależ oczywiście! poproś kota w butach on ma kopię 🙂

    dobre 🙂

  • … walcz, nie poddawaj się, nie usuwaj, masz rację, przywróć …

    Zamiast trzydziestego wpisu o podobnym charakterze, może niech jakis prawnik zaoferuje pomoc w ewentualnym poprowadzeniu sprawy, a czytelnicy zrzutkę po 100zł na ewentualne koszta sądowe? (taka prenumerata bloga na kolejny rok)

    Ja na prawie się nie znam, ale 100 mogę dać. Nie mam również pojęcia, ile kosztuje proces, ale na pewno tyle osób czyta bloga, że na koszty byśmy uzbierali.

  • Mariusz

    Taki proces przydałby się, gdyby było z niego jakieś doświadczenie, precedens. No, ale u nas tego nie ma. A jaki morał z takiej przygody, nawet po wygranej sprawie? To przecież zwykła ruletka, następnym razem przy niemal identycznej historii może być inny werdykt.

    Z głupim nie warto się spierać, lepiej iść swoją drogą – mediafunową. Męczennicy wyginęli, natomiast bardzo potrzeba myślących.

    Więcej można osiągnąć pisząc, jak ty Maćku tutaj, a nie spacerując po jakichś zapyziałych budynkach, w oczekiwaniu na werdykt zupełnie ślepej sprawiedliwości.

    O karłardzie artykuł przeczytałem jak tylko się pojawił, jak pewnie jeszcze kilka-kilkanaście tysięcy innych osób. Tego nam nikt z głów nie usunie.

    Czekam na następne teksy.

  • divide

    To ja też poproszę na maila. Bo mi z rss-a usunęło (damn you, google reader!)

    Mój adres to divided.mind@gmail.com gdyby ktoś inny niż Autor chciał mi podesłać.

  • A, ok, już mam.

  • Ha! No i jest na pierwszej stronie dla „harvard business review polska”! ^^

  • To jest piękne, po prostu, piękne. I jak sie sprawy maja po tych 83 tygodniach?